sprawy miasta

Ubyło w Mieście…

Może to śmieszne, ale ten element tkwi w mej pamięci właściwie „od zawsze”, a przynajmniej do 1961 roku, kiedy sprowadziłem się do Jordanowa. A o co chodzi? – chodzi mi o kiosk RUCH-u, który znajdował się na rogu Rynku przy wylocie do ul. Kolejowej.

Płynęły lata, zmieniali się sprzedawcy, potem właściciele, zmienił się ustrój – a on jak szyldwach stał na posterunku. Można było kupić tam właściwie wszystko, co było niezbędne: zeszyty, ołówki, długopisy, gumki, gazety, zabawki, papierosy, zapałki i zapalniczki… – i od ponad miesiąca nie ma już kiosku. Zostało tylko puste miejsce i wspomnienia.

Trochę szkoda, że go już nie ma. Pozostała po nim jakaś pustka, którą wypełniają tylko wspomnienia o nim i ludziach, którzy tam handlowali i kupowali. Szkoda…

Robert K. F. Leśniakiewicz

Foto – http://grzybypl.blogspot.com/2017/07/ubyo-w-miescie.html

A mury rosną! – ciąg dalszy

Prawdę powiedziawszy, to byłem sceptycznym, co do powstania jordanowskiej Galerii handlowej. Bo to drogie, bo to niegustowne, bo to nie pasuje do jordanowskiej zabudowy… W ogóle nie podobał mi się sam pomysł, choć z drugiej strony mając do wyboru chałupki Manhattanu, to każda nowa inicjatywa wydawała się godną uwagi.

No i stało się – mury zaczęły rosnąć, i tak wyglądają na dzień 8.IX.2015 roku. Mam, nadzieję, że wkrótce zobaczymy naszą Galerię w pełnej krasie! Nie piszę wiele, bo uważam, że zdjęcia są najbardziej wymowne…

Zob. foto – http://www.grzybypl.blogspot.com/2015/09/a-mury-rosna.html

Robert K. Leśniakiewicz

Księżycowa ulica

Jest takie opowiadanie jednego z nestorów literatury grozy H. P. Lovecrafta pt. „Widmo nad Innsmouth”, w którym opisuje on zapuszczone miasto, gdzieś na Wschodnim Wybrzeżu USA. Jordanów jest piękny i w ogóle, ale w tej beczce miodu jest potężna chochla dziegciu, która doprowadza do irytacji naszych tutejszych mieszkańców, którzy narzekają i mają na co.

Istnieje około 150-metrowy odcinek ulicy Mickiewicza – od numeru 139 do 173, przejazd którym stanowi prawdziwą drogę przez mękę! Dziura na dziurze i dziurą pogania. Odcinek wielokrotnie naprawiany i łatany, który aż się prosi o nowy asfalt, albo o zbicie tegoż i poprzestaniu na starej, dobrej „trylince”, którą położono jeszcze w latach 60. XX wieku, a która wyłania się spod warstw byle jakiego asfaltu, który nawet nie poleży pół roku, jak nadaje się tylko do wymiany…

Na zdjęciach dobrze widać, że powierzchnia tej drogi niewiele się różni od powierzchni Księżyca. Tylko że Księżyc był bombardowany od 4.ooo.ooo.ooo lat, a ten asfalt ma parę lat. Oczywiście ktoś powie, że taki mamy klimat, ale do licha ciężkiego, taki sam klimat mają nasi sąsiedzi z południa i zachodu, i ich drogi a nasze, to nie ma żadnego porównania! Czyżby problem tkwił gdzie indziej? W naszej polskiej pokręconej mentalności?

Tak czy inaczej, kornie zwierzchność naszego grodu kwestionujemy: zróbcie coś z tym, bo jak ludzie się wkurzą, to zasypią odpowiedzialnych za ten stan rzeczy pozwami o odszkodowania za połamane półosie, za pęknięte opony, za połamane resory i popsute amortyzatory ich samochodów… Na razie się boją, ale kiedyś strach minie, a jak ktoś złamie zmowę milczenia, to ludzie się wkurzą. A po co? – przecież wystarczy zaasfaltować dziury i wyrównać „leżących policjantów” pozostałych po pękniętych rurach – co atoli stanowi osobny problem – i po kłopocie. A przecież ta ulica jest naprawdę piękna i romantyczna, jakby stworzona do spacerowania wieczorami. Może da się coś z nią zrobić…?

Zdjęcia: http://grzybypl.blogspot.com/2015/07/ksiezycowa-ulica.html

Robert K. Leśniakiewicz

Problem pękającej rury

No i stało się. Wszystkie paskudne przewidywania się sprawdziły – jak coś się ma zepsuć, to się zawsze zepsuje, a co gorsza – podlega regule domina…

Problem ten dotyczy ulicy Mickiewicza, która – jak już wielokrotnie pisałem – jest zapomniana przez Boga i przeklęta przez ludzi. Zawsze się coś tam psuje, kanalizacji nie ma, a teraz mamy na dokładkę kłopoty z wodą. Co chwila pęka rura i trzeba zdzierać asfalt, kopać doły i naprawiać. Najpierw pękło i się lało przy naszej „ząbiarni” i sklepie z firanami, potem „trzasło” przy sklepie z narzędziami, teraz cieknie przy sklepie z elektronarzędziami… W każdym wypadku woda zamknięta na parę godzin, zwężona jezdnia i kłopoty z ruchem, a potem poharatana jezdnia i nieprzyjemna jazda jakimkolwiek pojazdem. Wprawdzie pierwszą dziurę już załatano, ale będą następne.

Czemu nie da się pozyskać funduszy z UE i po prostu zrobić raz na co najmniej 25-30 lat solidny remont ulicy: kanalizacja, doprowadzenie wody, nowy asfalt i wreszcie nowe chodniki – bo stare do dziś dnia nie zostały ukończone – w sumie kilka miesięcy prac, ale potem kilkadziesiąt lat świętego spokoju! Myślę, że jest to większe wyzwanie i o wiele bardziej użyteczne dla mieszkańców i chwalebne, bo niezbyt widoczne, ale równie monumentalne.

I to dedykuję naszej Komunalce, kornie prosząc o pochylenie się nad tym problemem, w końcu to my płacimy za wodę w naszych domach…

Zdjęcia – http://grzybypl.blogspot.com/2015/06/problem-pekajacej-rury.html

Robert K. Leśniakiewicz

Srebrzysty płot

Stało się! Kilka dni temu smutny plac pozostały po budyneczkach Manhattanu został ogrodzony płotem z wysokich metalowych płyt – teraz nasze miasto wzbogaciło się o nowy element architektoniczny – srebrzysty płot. Srebrzysty od Rynku, obskurny od ul. 3 Maja. Ale nic to – może wreszcie coś się zacznie tam robić? Trzymam za to kciuki!

Trochę szkoda, że znikł piękny widok na masyw Przykca, do którego zdążyliśmy się przyzwyczaić, ale jeżeli powstanie tam Galeria handlowa na miarę XXI wieku i nawiązująca architektonicznie do początków XX wieku, to można będzie się tylko cieszyć, że Miastu przybędzie coś nawiązującego do jego historii, a jednocześnie użytecznego, czego życzymy i nam i inwestorowi tego przedsięwzięcia!

A zatem – czekamy – niech ten płot mimo swych walorów estetycznych – jak najszybciej zniknie…

Zdjęcia – http://grzybypl.blogspot.com/2014/12/srebrzysty-pot.html

Robert K. Leśniakiewicz

Upadek kolei, upadek Polski…

(Felieton krytyczny)

Zazwyczaj nie chandryczę się ani nie pieniaczę, bo uważam to za oznakę głupoty i warcholstwa, są jednak sprawy, które poruszają mnie do głębi i na które nie sposób nie reagować.

Kiedy w 1989 roku skończył się „okres słusznie miniony”, jak eufemistycznie nazywają PRL różni prawicowi pismacy, którzy najczęściej znają go z opowiadań osób trzecich, sądziłem w swej naiwności, ze będzie już tylko lepiej, mądrzej, a Polska stanie się przewodnikiem dla zbłąkanych w „ciemnościach komunizmu” krajów Europy Środkowej i Wschodniej. Ba! – Polska w założeniach miała być wiodącym krajem w całej Europie. To za nią miały pójść ludy Zachodu, porwane entuzjazmem Polaków i ich wiarą, pod przewodnictwem papieża-Polaka.

Rychło okazało się, że do władzy dorwały się męty i szumowiny, które ze szczytnymi hasłami nie miały niczego wspólnego, i po 1993 roku zaczął się demontaż państwa i polskiej gospodarki – nazwany szumnie „prywatyzacją”. Miało być wspaniale – wyszło jak zawsze. W Jordanowie mieliśmy 10 czy 11 tzw. JGU – jednostek gospodarki uspołecznionej, które dawały zatrudnienie mieszkańcom Jordanowa i okolicy. Dzięki „światłym” tzw. „reformom” rządów AWS i UW doprowadzono je niemal wszystkie do upadku, a ich pracownicy wylecieli na bruk.

I przestało być wspaniale, bo młodzi ludzie uciekli przed biedą do miast i za granicę, a ci, którzy pozostali nie mieli szans na zatrudnienie za godziwe pieniądze i poszli na „śmieciówki”. Oszuści z „Solidarności” mamili ludzi wizją życia jak na Zachodzie „zapominając” dodać, że warunkiem godziwego życia jest praca, której ludzi pozbawiono. Jest to już mówiąc nawiasem – o wiele lepsza forma kontroli politycznej, niż jakakolwiek służba specjalna – masz pracę, to siedź cicho. Coś się nie podoba? – to wynocha na bruk bez możliwości zatrudnienia. Komunizm był „straszliwym systemem totalitarnym”, no to jak nazwać taki kapitalizm…? Totalitaryzmem do entej potęgi? Jak ten ekonomiczny bandytyzm się ma do nauk głoszonych przez Jana Pawła II? Nijak. Jak nie było socjalizmu/komunizmu z ludzką twarzą, tak nie ma tym bardziej kapitalizmu z ludzką twarzą.

Te polskie „przemiany ustrojowe”, czy jak tam je zwie propaganda, są tak naprawdę największym szwindlem współczesnego świata. To jest największe wrogie przejęcie polskiego majątku narodowego. Przykładem jest przejęcie złoża miedzi przez kapitał kanadyjski czy gazu łupkowego przez Amerykanów. A wszystko to – jak i wiele innych szwindli ekipy rządzącej – zostało przykryte propagandowym wrzaskiem o gender czy Ukrainie. I o to chodzi, by ludzie zajęli się genderem i Ukrainą, a nie widzieli i nie reagowali na „wyprowadzanie” państwowych pieniędzy na jakieś poronione inwestycje czy wyprzedaż majątku narodowego.

Jednym z elementów wrogiego przejęcia majątku narodowego, demontażu państwa i postępującego rozbioru Polski jest sprawa likwidacji Polskich Kolei Państwowych – ich rozdzielenie i doprowadzanie do stopniowego upadku. Zamykanie kolejnych linii, likwidacja przystanków kolejowych to kolejny element likwidacji infrastruktury transportowej. To jest także kolejny element osłabiania obronności kraju i jego pauperyzacja.

Kiedy słuchałem wystąpienia Pani Janiny Filipek w czasie Walnego Zebrania TMZJ w dniu 27.II.2014 roku, w którym mówiła na temat zamknięcia i prawdopodobnej likwidacji linii kolejowej od Suchej Beskidzkiej do Zakopanego, to omal szlag mnie nie trafił. No bo spójrzmy tylko na mapę sieci kolejowej – im wyżej rozwinięte państwo, tym jest ona gęstsza i tym gęstsza jest sieć połączeń kolejowych pomiędzy poszczególnymi miastami. Od XVIII wieku wiadomo, że kolej żelazna jest miernikiem i wykładnikiem postępu i rozwoju miast i krajów. Wystarczy wspomnieć powieści Orzeszkowej, Konopnickiej, Prusa czy Sienkiewicza. To wzdłuż magistrali kolejowych tworzyły się, kwitły i nadal kwitną największe miasta świata. Tylko nie w Polsce, gdzie linie się zamyka, przemysł porażony kolejnymi idiotyzmami ekip rządzących ledwo zipie, a głupota i niekompetencja święci coraz większe tryumfy! Jakże przypomina to Egipt pod rządami młodego, niekompetentnego i porywczego Ramzesa XIII i chciwych, żądnych władzy kapłanów! Jaka szkoda, że tych wszystkich „przemian” nie dożył Bolesław Prus. Tego targowiska próżności, tej urzędniczej niekompetencji, rozdętej biurokracji, jak w carskiej Rosji i Polski pod rządami kilkuset Nikodemów Dyzmów – prowincjonalnych karierowiczów, którzy po dorwaniu się do sejmowego koryta doznają tzw. „udaru warszawskiego”, zapominają kto ich wybrał i dlaczego, skąd przyszli i po co, i o niczym nie pamiętają poza jednym: nachapać się jak najwięcej przez te cztery lata dolce far niente.

Oczywiście pracują, a jakże – nie nad upadkiem Ojczyzny, nie nad jej zdychającą ekonomiką, o nie! Oni są stworzeni do genderowych bzdur, do wpieprzania się w sprawy Ukrainy, czy brylowanie ramię w ramię z pogrobowcami zbrodniarzy z OUN i UPA! Oto właśnie są zajęcia naszych „wybrańców” narodu z naszego nadania. Chcecie przykładów skretynienia? – proszę bardzo: nasza „zakopianka” – droga dwupasmowa szybkiego ruchu i… co kilometr fotoradar, który nie pozwala jechać szybciej, niż 70 km/h! debilizm? – ewidentny! Ale oczywiście opowiada się nam bajki o zwiększonym bezpieczeństwie na drodze. OK., w takim razie po co fotoradar na odcinku z Myślenic do Pcimia? Tam były tylko 3 wypadki! To taki pierwszy lepszy przykład z brzegu.

Ponoć znalazły się jakieś pieniądze na przedłużenie agonii linii kolejowej z Suchej Beskidzkiej do Zakopanego. Bardzo mnie to cieszy, chociaż z drugiej strony zdaje sobie sprawę z tego, że ten rząd i ten parlament nie zrobi niczego ponad rozpieprzeniem tego, co jeszcze jako-tako funkcjonuje i generuje jaki-taki zysk. Zamknięcie tej linii, to kwestia czasu.

A skoro nie da się zmienić ludzi, to trzeba zmienić system. I nie ma na to innej rady. Bo wszelkie reformy trzeba zacząć od dołu, wszak to tutaj tkwi największe zło. To przecież z dołu do Warszawy idą ludzie, których wybieramy, a nie na odwrót. I zagłosuję na każdego, kto myśli pozytywistycznie mając na celu pracę u podstaw dla Ojczyzny, a nie wierzy w cuda i swą biernością, miernością i wiernością wspiera Jej największych wrogów, którzy niczego nie robią, jeno pasą się na naszej krwawicy.

Robert K. Leśniakiewicz