grzyby

O Skawinie i jej związkach z Jordanowem

Dziś będzie o Skawinie, przeczytajcie bo, będzie o tym jak z powodu fluoru krowy padały na przednie nogi, o tym dlaczego prawdziwki w Jordanowie nie rosły, o prof Grodzińskim, o kawie zbożowej i piwie ze Skawiny .

Mój kalendarz – 653 lata temu Król Kazimierz Wielki, na mocy dokumentu z 22 maja 1364 r., ulokował Skawinę. Położenie było przygraniczne, bo na rzece Skawinka była granica z księstwem oświęcimsko-zatorskim. W „Księdze uposażeń diecezji krakowskiej” ( patrz wpis z 19 maja) Jana Długosza znajduje się informacja, że zamek w Skawinie został wzniesiony w przez Kazimierza Wielkiego. Nie ma po nim śladu poza szkicem i rekonstrukcjami.. W 1509 roku miał miejsce gigantyczny pożar.

Skawina była w posiadaniu benedyktynów tynieckich.. Na mocy układu rozbiorowego z 1772 roku Skawina i Tyniec znalazły się w składzie Galicji. Rozwój nastąpił z nastaniem kolei. W 1884 r. powstała węzłowa stacja kolejowa, z połączeniami do Krakowa, Oświęcimia i Suchej.. Wraz z tym następuje prawdziwy industrialny boom inwestycyjny. Powstają kolejno, między innymi: browar, który produkował do 1925 roku piwa ciemne i jasne w małych ilościach, rafineria nafty, Pierwsza Galicyjska Fabryka Wyrobów Kamionkowych i Szamotowych oraz Fabryka Środków Kawowych Henryka Francka i Synów, produkująca słynną kawę zbożowa Enrillo.

Po II wojnie światowej do wspomnianych zakładów dołączają jeszcze: Huta Aluminium i Elektrownia Skawina skąd płynie prąd do Jordanowa, Pod koniec lat 70. miała tam miejsce prawdziwa klęska ekologiczna, związana z produkcją aluminium w hucie. Podczas procesu uzyskiwania tego metalu z boksytów, dochodziło do nadmiernej emisji fluorowodoru co skutkowało skażeniem otaczających terenów. Pamiętam o osteoporozie nękającej ludzi oraz krowach w sąsiadujących z hutą wsiach, które padały na przednie nogi, o noworodkach z niezrastającymi się szwami na czaszkach, o skażeniu wód zamieraniu drzew. Pamiętam buńczuczna wypowiedź jakiegoś dygnitarza „że dzieci będą miały zdrowe zęby”. Sytuacja zmieniła się dopiero jesienią 1980 r., kiedy cenzura zelżała i „Gazeta Krakowska”, zaczęła zamieszczać obszerne artykuły.

W 1981 wydział elektrolizy zamknięto, natomiast huta zaczęła się zajmować wyłącznie przerobem złomu aluminiowego. Ogromną rolę z likwidacji huty odegrał prof. Władysław Grodziński, jeden z prekursorów ruchów ekologicznych w PRL. Był częstym gościem w Jordanowie u swojej ciotki nauczycielki Stefanii Grodzińskiej, która miała dom „Na Zakrętach”. Po zamknięciu huty w Jordanowie pokazały się wreszcie prawdziwki . Nie było ich od 1970 do 1981 roku.[1]

Opracował – Stanisław Bednarz

————————————-

[1] Nie tylko prawdziwki, ale i inne grzyby, które w ogóle są doskonałym wskaźnikiem czystości środowiska. Określam to zjawisko jako „postindustrialny powrót grzybów do środowisk” – nie tylko leśnych ale i polnych i parkowych (AiR).

Grzyby miejsko-ogrodowe w Jordanowie

Muszę zacząć od pięknego zjawiska na rannym niebie, gdzie w dniu 28.X spotkał się w Wadze stareńki Księżyc – faza 0,05 z Jowiszem o jasności -1,24 mag. Na drugiej półkuli zapewne obserwowano zakrycie Jowisza przez Srebrny Glob…

Ale wróćmy na Ziemię. Ta jesień jest bardzo grzybodajna, co widać choćby po łąkach i parkach oraz ogrodach naszego miasta. Pan Bednarz doniósł mi o całych łanach czernidlaków pokrywających łąki położone nad Strączem. Z kolei ja miałem okazję obejrzeć sobie prześliczną kolekcję maślaków i monetek rosnących pod limbami i modrzewiami w ogródkach przy ul. Mickiewicza!

Na tejże samej ulicy – jej odgałęzieniu południowym – znajdowała się bajkowa kolekcja muchomorów czerwonych. Jak wyglądała – widać na zdjęciach. Niestety – zwarzył je jesienny przymrozek -3,5°C, jaki nawiedził Jordanów rankiem 28.X. Na ulicy Komunalnej było aż -5,5°C, zaś nad Skawą -3°C.

Cóż, wygląda na to, że pozostała nadzieja na opieniasy, ale czy nie będzie ona płonna…? Pan Bednarz wczoraj wpadł do lasu i poza dwoma podgrzybkami nie znalazł niczego, tak więc możemy definitywnie otrąbić koniec sezonu…

Zdjęcia – http://grzybypl.blogspot.com/2016/10/grzyby-miejsko-ogrodowe-w-jordanowie.html

Robert K. Leśniakiewicz

Spacer do Szamballi

Ta niedziela była cudowna – wprawdzie zaczęła się przymrozkiem do -1°C poza miastem i -0,8°C w mieście, ale ogniste, ostre, jaskrawe jesienne słońce szybko podniosło temperaturę powietrza do +12°C, i koło południa zrobiło się bardzo przyjemnie.

Wybraliśmy się tedy na Amfiteatr – to góra położona pomiędzy Bystrą Podhalańską a Cioskiem. Nazwa bierze się stąd, że przypomina ona ogromny amfiteatr otwarty od wschodu. Porośnięty jest brzozami, w których można upolować (Kanadyjczycy o zbieraczach grzybów mówią „mushroom hunters”) jakiegoś koźlarza…

Koźlarzy nie było, ale za to były różnego rodzaju bedłki i poza nimi także kanie czy czubajeczki (ja ich nie rozróżniam i nie zbieram), poza tym różne grzyby nadrzewne i opieńkowate, ale… ale nadal opieniasów ni słychu ni dychu!

Na szczycie Amfiteatru – niespodzianka. Ania znalazła wielkiego koźlarza, ale zostawiliśmy go na rozsiew. Podobnie zrobiliśmy z napotkanymi podgrzybkami. Jednakże w drodze powrotnej udało się nam złapać dwa piękne okazy poćca – i ten wzięliśmy do domu.

Naprawdę udała się nam pogoda. Przepiękne krajobrazy tej jesieni – cudowne widoki na moje ukochane Beskidy, zupełnie jak z tybetańskich legend o Szamballi – błogosławionej krainie, którą odwiedzali wielcy tego świata: Jezus z Nazaretu, Paspa, sułtan Baber oraz święci lamaiccy i buddyjscy. To właśnie stamtąd przybyli do Betlejem trzej Mędrcy ze Wschodu… Popatrzcie na te zdjęcia – czyż nie są to przepiękne okolice? W takim pięknym otoczeniu człowieka mimowolnie ogarniają jakieś mistyczne nastroje…

Cisza aż kłuje w uszy i tą ciszę niebieskich przestrzeni przerywają od czasu do czasu krakanie kruków, skwir jastrzębi i dochodzące z wysoka pomruki silników stratolinerów, które przypominają nam o naszej cywilizacji…

Zdjęcia – http://grzybypl.blogspot.com/2016/10/spacer-do-szamballi.html

Robert K. Leśniakiewicz

Październikowy spacer

Ten spacer był naprawdę cudowny. Melancholijna poro – oczu oczarowanie! – jakby powiedział poeta. Orgia kolorów w przytłumionym słońcu, białe, szare i sine chmury. Zieleń, żółć, czerwień i wszystkie odcienie brązu, liściaste chmury na nieba błękicie – już zgaszonym, już przyszarzałym. I do tego lekki wiatr z południa i +17°C. Doprawdy – lepiej nie można!

Idę na mój stały grzybowy szlak: Majerzowy Las, Końskie Ugory i Las Wyspowy, a potem powrót przez Mąkacz do domu. Wchodzę na Majerzówkę i myszkuję wśród świerczyny – od razu rzucają się w oczy jakieś świerkowe bedłki, śliczne białe purchawki i młodziutki muchomorek czerwony. A potem już olszówki, podgrzybki i kurki.

Nie ma już prawdziwków i pocieców. Znalazł się za to 1 (jeden!) rydzyk i cała masa różnorakich gołąbków.

I znów jak za poprzednimi grzybobraniami stwierdzam totalny brak jadalnych opieniasów.

W okolicy Wyspowego Lasu (to nazwa moja a nie geograficzna) w sosnowym młodniku natrafiam na całe czeredy czekoladowych maślaków tkwiących w trawach.

Jak widać na załączonych obrazkach, grzybów jest w bród, ale… tylko do niwelety ~600 m n.p.m. Wyżej panuj totalne bezgrzybie strukturalne. No cóż – a w górach już jesień…

Zdjęcia – http://grzybypl.blogspot.com/2016/10/pazdziernikowy-spacer.html

Robert K. Leśniakiewicz

Koniec sezonu 2016?

Pogoda dzisiaj wręcz wyrzucała mnie z domu. Niewielkie chmurki na niebie, ciepły wiatr z południa – taki quasi-halny – dający temperaturę +8°C w nocy i +16,8° w dzień. Tylko wychodzić i spacerować, albo pójść na grzyby. Ja wybrałem to ostatnie.

O wpół do ósmej pognałem w las Na Podlaskach, a potem na Cioska i Grań, gdzie spodziewałem się coś znaleźć. Pan Bednarz i jego koledzy twierdzili, że w masywie Przykca znajdowali rydze, prawdziwki i koźlarze. A zatem zimowy epizod nie zaszkodził grzybasom i znów się pojawiły. Zresztą dlaczegóżby nie? Przecież nie było nawet przymrozka, a śnieg leży dopiero od 1500 m n.p.m. – trochę go jest na Babiej Górze, trochę na Policy, ale tylko od północnej strony… A co do opadów, to lekko licząc ostatnio spadło nam ponad 70 mm deszczu, a więc wody jest pod dostatkiem, nawet w piaskowcowych masywach Hyćkowej Góry.

Wchodzę w las i faktycznie – znajduję kilka kurek i podgrzybków złotawych. Poza nimi pełno gołąbków brudnożółtych i innych „blaszaków”. Pnę się do góry i znajduję coraz więcej koźlarzy topolowych i różnobarwnych rosnących przy brzozach i świerkach. Na stoku Cioska trafia mi się nawet prawusek, niestety cały zgryziony przez zwierzątka leśne…

I tu rzecz ciekawa, po przekroczeniu niwelety 550 m n.p.m. kończą się grzyby, a zaczynają się szkody spowodowane przez śniegi – przygięte i połamane brzozy i topole, które nie zdążyły zrzucić liści na zimę. Pan Bednarz twierdzi, że podobne zjawisko ma miejsce na Przykcu po przekroczeniu poziomu 650 m n.p.m.. Na Grani znajduję tylko kilka muchomorów czerwonych i to wszystko. „Jadalniaków” ni słychu ni dudu.

Poza grzybami napotykam na jakieś przedmioty wyrzucane przez idiotów do lasu. Na puszki i butelki już nawet nie reaguję, pies z nimi tańcował, rozłożą się kiedyś, ale robienie z lasu składu meblowego, to już jest przesadyzm!

Schodząc rozglądam się pilnie za opieńkami. Dawniej – jeszcze jakieś 6-10 lat temu – były tu jesienią ogromne ilości opieńki miodowej i opieńki ciemnej. Dziś nie było ANI JEDNEJ!!! To naprawdę dziwne, bo ponoć wysyp był już pod koniec lipca, ale znowu – w tym roku udało mi się znaleźć 1 (słownie: jedną) opieńkę!

Nie to, żebym za nimi płakał, bo to szkodnik w drzewostanach jakich mało, ale wydaje mi się, że pojawił się jakiś czynnik biologiczny, który spowodował, że opieniasy się jakby przyczaiły i sypną się dopiero w przyszłym roku? Być może z nimi jest tak, jak z goryczakami żółciowymi, których też nie spotykało się jakieś 3-4 lata i pokazały się dopiero w tym roku…?

Wróciłem do domu w podmuchach ciepłego wiatru i z koszykiem wypełnionym w połowie. Wydaje mi się, że to ostatnie grzybobranie w tym sezonie – no chyba, że pojawią się opieniasy, to wtedy będzie przedostatnie.

Zatem – czekamy…!

 Robert K. Leśniakiewicz

Zdjęcia – http://grzybypl.blogspot.com/2016/10/koniec-sezonu.html

Październikowa susza…

Wczoraj poszliśmy w lasy Majerzówki i Końskich Ugorów w ciepłych podmuchach halnego wiatru, temperaturze +23°C i wilgotności powietrza 21%. Mimo paskudnych prognoz liczyliśmy na to, że nałapiemy przynajmniej kurek na niedzielne śniadanie.

Weszliśmy w las i pierwsza rzecz, na jaką zwróciliśmy uwagę, to było trzeszczenie przesuszonej ścioły leśnej pod stopami. Już to stanowiło zły prognostyk… I tak też się stało – grzybów po prostu nie było! To znaczy były, ale bardzo mało.

Pierwszym ciekawym „wynalazkiem” był mikrutki podgrzybeczek, który wyrósł obok olszówki i jakichś białych „badziewiaków”. Potem był jeszcze jeden, potem kurka i dwa podgrzybki złotawe. I to było wszystko!

A więc już po grzybach? Wygląda na to, że tak, bowiem zapowiada się załamka pogody i spadek temperatur poniżej +10°C i nocne przymrozki. Niektórzy twierdzą, że spadnie śnieg, co też jest możliwe. Wprawdzie Pan Bednarz pociesza, że pewna mieszkanka Jordanowa, którą spotkał, szła z Grapy i niosła cały kosz koźlarzy i podgrzybków, ale masyw Przykca jest bardzo wodonośny i  tam zawsze można spodziewać się jakichś „wynalazków”, podczas gdy w okolicznych lasach już niczego nie ma…

A na razie podziwialiśmy tylko urodę muchomorków, które też lubią pojawiać się przed październikowymi chłodami.

Zdjęcia – http://grzybypl.blogspot.com/2016/10/pazdziernikowa-susza.html

Robert K. Leśniakiewicz

Wrześniowe podgrzybki

Najpierw było niemalże zimowe ochłodzenie i mglista szaruga. Od 19.IX temperatury dzienne i nocne spadały – od +11,5°C aż do +2,2°C i temperatura dzienna do +12,8°C. Potem, po 23.IX zrobiło się wreszcie cieplej i nieco polało – w sumie 8,8 dm3/m2 wody. Śniegu na szczęście jeszcze nie było, przymrozków też – u nas, bo w już Tatrach posypało i pomroziło. Ale to jest normalne – zawsze II dekada września przynosi ochłodzenie, które jest odczuwalne na terytorium całego kraju…

Dzisiaj pogoda była wymarzona – wedle południa +16°C, wiaterek z NE, ciśnienie 1012 hPa, zachmurzenie umiarkowane, słowem tylko iść w las. No i oczywiście poszedłem do Majerzowego Lasu.

Najpierw w świerkowym młodniku natknąłem się na grzybasy nie z tej ziemi, które rosły sobie na igliwiu. Potem – już w normalnym lesie – napotkałem na kurki i przede wszystkim podgrzybki. Tego było najwięcej. Trafił mi się koźlarz, trafiły mi się jakieś dziwne grzyby, które przypominały mi szatańskie borowiki, choć teoretycznie nie powinny róść na podłożu piaskowcowym…

Poza tym natknąłem się na jakieś gąsko kształtne i inne dziwne grzybasy, które sfociłem ku pamięci.

Niestety – całą przyjemność grzybobrania zepsuły mi jakieś drące się jak opętane bachory i ich szczekający pies oraz motocykliści, którzy ryczeli silnikami swych crossowców. To prawdziwa plaga beskidzkich lasów – ciekawy jestem, gdzie jest Straż Leśna i policja? A i tak, jak znam realia w IV RP, sąd wypuści tych gówniarzy ze względu na małą szkodliwość społeczną. No bo gdzie się mają wyszaleć sfrustrowani (tylko czym???) młodzieńcy? – tylko w lesie!

Cóż, mnie uczono, że do lasu trzeba wchodzić i poruszać się w nim jak w sanktuarium, bo tam my jesteśmy tylko gośćmi. No ale to było w czasach komuny, i jak mówią co debilniejsi przedstawiciele mediów i polityków, „słusznie zapomnianych” (bo jednak było lepiej), a dzisiaj – w tzw. „wolnej” (głównie od rozumu) Polsce każdy sobie panem i może robić, co mu się żywnie podoba.

Nie muszę dodawać, że to się na nas zemści… A na razie czekam na złotą polską jesień, którą może przynieść październik.

 

Zdjęcia –  http://grzybypl.blogspot.com/2016/09/wrzesniowe-podgrzybki_25.html

Robert K. Leśniakiewicz