Miesiąc: Lipiec 2015

Pełzająca wycinka, pełzające kłamstwa…

Postępująca, czy jak nazywa to Pan Bednarz – pełzająca wycinka drzew w Jordanowie trwa. Oczywiście ofiarami jej są drzewa zdrowe, a nie jak się to oficjalnie głosi – chore i usychające bądź uschnięte. Tym też uzasadniono kolejną wycinkę lipy i dębu rosnących przy Szkole Podstawowej.

Oczywiście najpierw je obrzydliwie obsmyczono i nazwano to oczywiście „cięciem pielęgnacyjnym”, co jest jeszcze jednym urzędniczym frazesem, bo jak można pielęgnować żywy organizm odcinając jego część? Rozumiem, że można odciąć zagrzybioną czy uschniętą gałąź, a nie całe konary i to jeszcze w okresie wegetacyjnym!

Tak zatem opowiastki o tym, że te drzewa były chore są bujdą na użytek naiwnych. Jak widać po ich pniakach – nie ma tam ani śladu sinizny czy próchnicy i w momencie ścięcia drzewa te były względnie zdrowe – względnie, bo przecież wcześniej okaleczono ich korony, ale pnie nie były porażone przez grzyby czy inne patogeny.

Ciekawy jestem, co będzie po nich? Może dałoby się tam posadzić jakieś drzewa na miejsce wyciętych? Jest tyle gatunków i odmian ładnie kwitnących na wiosnę i dających ochronę przez skwarem i hałasem w lecie… Po ostatniej masowej wycince Droga na Skotnicę, gdzie były dorodne topole, wygląda tam wręcz okropnie. Pewnie wkrótce tak będzie na ul. Gen. Maczka. A co będzie? – pewnie jak zwykle – asfalt i beton… Czy wycinanie, asfaltowanie i betonowanie jest stanem umysłu urzędników odpowiedzialnych za wizerunek Miasta? Skoro tak, to może do licha zabiorą się za zrobienie porządnych chodników i jezdni na ul. Mickiewicza??? Idąc po nich wieczorem można złamać nogę czy nabawić się innej kontuzji! Przecież ta ulica położona przy Głównym Szlaku Beskidzkim jest wizytówką naszego Miasta!

Wizytówką jego najgorszego stanu zaniedbania…

Zdjęcia – http://grzybypl.blogspot.com/2015/07/pezajace-kamstwa.html

Robert K. Leśniakiewicz

Reklamy

Zakopianka i koszmar ul. Gen. Maczka

Od pewnego czasu często podróżuję do Krakowa. Przyznam się szczerze, nic mnie tak nie wkurza, jak jazda Zakopianką. Irytację powoduje fakt, że pomimo tego, że jest to dwupasmówka, to co kilkaset metrów straszą ograniczenia prędkości do 70 i 50 km/h z powodu przejść dla pieszych przeprowadzonych po jezdni, i umieszczone przy nich fotoradary co powoduje, że właściwie mimo dwóch pasów ruchu nic to nam nie daje. Jak się jechało wolno, tak się jedzie. A fotoradary tłuką tylko łatwy szmal dla urzędasów, bo w końcu stoją one tylko w ich własnym interesie, a nie kierowców. Dotyczy to odcinka pomiędzy Myślenicami a Krakowem. Nazwałbym go „szlakiem fotoradarów”, a jazdę tym odcinkiem „drogą przez mękę”, tak już nawiasem, to jest to prawdziwa droga śmierci – ze względu na ilość zabitych zwierząt: psów, kotów, jeży – dla których nie ma przejść pod jezdnią. Ale kto w tym chorym krasu ekologicznego ciemniactwa zajmuje się zwierzętami?…

Zastanawia mnie to, że można było budując tą dwupasmówkę do tego dobudować albo przejścia podziemne dla pieszych, albo kładki jak na zdjęciu. Można było, ale oczywiście nikt o tym nie pomyślał – kogo ja oszukuję – myślenie pro publico bono jest w Polsce démodé i to totalnie. Mieszkamy w kraju, w którym nie warto myśleć, bo to po prostu nie popłaca. Przepraszam – oczywiście nie popłaca myślenie społecznikowskie, nie dla siebie, ale dla kogoś…

Dlatego bardzo się ucieszyłem, kiedy zobaczyłem kładkę dla pieszych oraz kolejną w budowie. Nie wiem, kto to wymyślił, ale nareszcie ktoś ruszył głową. Jej futurystyczny kształt powinien pójść w parze z funkcjonalnością, bo ktoś pomyślał nawet o niepełnosprawnych – co wydaje się być szczytem nowoczesności w tym nieszczęsnym, zapyziałym kraju!

I jeszcze à propos dróg, niestety – niedawno dowiedziałem się, że komuś strzeliło do łba uszczęśliwienie Jordanowa i jego mieszkańców poszerzeniem ul. Gen. Maczka. Samo w sobie nic groźnego – poza budynkami, które rażone wibracjami gruntu od przejeżdżających TIR-ów będą się powoli rozsypywać, i oczywiście – jak zwykle w takich wypadkach – groźby wycięcia 70 drzew. No cóż – urzędnicza głupota i obojętność na sprawy naszego Miasta jeszcze raz wezmą górę nad jego estetyką i nade wszystko – komfortem życia w Jordanowie. Hałas, smród, gorąco, a w zimie nawiane śniegi… Kto to lubi? – na pewno nikt normalny!

Czy naprawdę trzeba wycinać drzewa, bo komuś nie chce się zamiatać liści jesienią? I chciałbym tylko jeszcze zapytać, co na to miejscowa LOP? Gdzie są miejscowi tzw. patrioci? Wszak jak mówił na antenie Polskiego Radia mój Mistrz – ś.p. Andrzej Zalewski – Przyroda Ojczysta jest najwyższym dobrem, którego należy chronić i bronić za każdą cenę. Tak, to brzmi pięknie, tylko że w Polsce zupełnie nie ma to zastosowania, a szczególnie w takich miejscowościach jak Jordanów, gdzie każdy ma wiele do powiedzenia na wiele tematów – po kątach czy przy kielichu, ale kiedy przyjdzie co do czego, to nie ma nikogo – każdy chowa się za piec i udaje, że go nie ma…

Jak zwykle.

Zdjęcia – http://grzybypl.blogspot.com/2015/07/zakopianka-i-koszmar-ul-gen-maczka.html

Robert K. Leśniakiewicz

Nareszcie deszcz!!!

Ostatni tydzień męczył nas upałami – temperatury dzienne przekraczały +30°C, zaś nocne oscylowały przy +20°C, co odczuwali szczególnie sercowcy i inni ludzie z chorobami układu krążenia: omdlenia, zapaści, a w najlepszym przypadku złe samopoczucie… Najwyższą temperaturę odnotowałem w dniu 23.VII – wynosiła +36,7°C, ale jeszcze nie była to temperatura rekordowa.

Od dnia 18.VII w całym kraju odnotowano wichury, nawałnice i trąby powietrzne, które dokonały spustoszeń i dewastacji. Na szczęście nas Jordanów wciąż był poza trasami tych kataklizmów. Niestety – cały czas męczyła nas susza, a w gablotach ukazały się takie oto ogłoszenia, jak na zdjęciu. Niestety, także woda z ulicznych zdrojów też nie nadaje się do picia z powodu jej skażenia…

W dniu 21.VII klimatolodzy orzekli, że 2015 rok jest NAJCIEPLEJSZYM ROKIEM WSZECH CZASÓW i że należy się spodziewać związanych z tym anomalii pogodowych – tych najgroźniejszych, które uderzą z ogromną siłą i z coraz większą częstotliwością.

W dniu 23.VII w Jordanów uderzyły trzy następujące po sobie burze z silnymi wyładowaniami atmosferycznej energii elektrycznej i potężnym, szkwałowym wiatrem, który na szczęście nie spowodował większych szkód. Nie było także gradu, czego się obawiałem. I niestety – zaobserwowałem pojawienie się początku tworzenia się trąby powietrznej, około godziny 13:00. Na szczęście złowroga formacja chmur rozwiała się po jakichś 5 minutach, zanim trąba powietrzna zdążyła się rozkręcić…

W rezultacie tych trzech burz spadło 27,04 l/m² wody opadowej – na szczęście tylko w postaci deszczu. Pan Bednarz odnotował tylko 16,7 mm co może być spowodowane tym, że znajdował się on w cieniu opadowym Przykca. Gradobicia nie było. Bardzo zapylona deszczówka nie zawierała cząstek radioaktywnych – skażenie trzymało się w normie: 0,10-0,14 μSv/h.

I wszystko byłoby OK., gdyby nie kolejne pełzające wycięcia drzew w mieście – tym razem komuś padło na mózg i wycięto trzy drzewa koło Szkoły Podstawowej. Nie wiem, kiedy wreszcie dotrze do urzędniczych łepetyn prosty fakt, że im mniej drzew, tym więcej gorąca, kurzu, smrodu i hałasu w mieście. Kiedy wreszcie dotrze do ludzi tkwiących mentalnie Bóg wie gdzie, że wycinka drzew to likwidowanie jedynej konkretnej zapory przed szaleństwami pogody, które w coraz większym stopniu nękają ten kraj i tak już niszczony przez kolejne „reformy i urządzenia” ludzi chciwych, głupich, sprzedajnych, a nade wszystko niekompetentnych na zajmowanych stanowiskach, które obejmują najczęściej z klucza partyjnego. Przez ich chybione decyzje cierpią zwykli ludzie, którzy im zawierzają. Ktoś powie – to tylko trzy drzewa. W skali miasta to niewiele, ale w skali kraju? To już jest pokaźny las!

A nasze lasy giną. A jak nie będzie lasów, to nie będzie nas. A kto nie rozumie tej prostej zależności powinien jak najszybciej przestać pracować, bo tylko tak może pomóc Ojczyźnie i nam wszystkim.

Zdjęcia –  http://grzybypl.blogspot.com/2015/07/nareszcie-deszcz.html

Robert K. Leśniakiewicz 

Pieta wróci jesienią

Zaniepokojonych mieszkańców ul. Gen. Maczka pragniemy powiadomić, że znana rzeźba z 1833 roku – Pieta – jest w dalszym ciągu w konserwacji i wkrótce powróci na swe miejsce. Aktualnie w ramach prac konserwatorsko-renowacyjnych w krakowskiej ASP odnawiana jest tablica z napisami oraz polichromowany herb maryjny. Rzeźba powróci na swe miejsce jesienią bieżącego roku, więc nie ma powodów do niepokoju.

Zarząd TMZJ

Foto – http://www.fitofoto.eu/AaStronaGeo/Jordanow/slides/Jordanow1%20Pieta%20z%20ok.%201730%20r.html

Widmowy agroznak i tajemniczy pociąg

W dniu 15 lipca, w 605. rocznicę grunwaldzkiej Victorii oręża polskiego i słowiańskich narodów sprzymierzonych nad niemieckim zakonem rycerzy-zbójcerzy na polach Grunwaldu pojechałem na spotkanie z dr Milošem Jesenským za tatrzańską „miedzę”.

Zazwyczaj jeżdżę przez przejście Chyżne – Trstena i zmiany, jakie tam zobaczyłem naprawdę mile mnie zaskoczyły. Jeździ się teraz jak z województwa do województwa, nie ma budynków służb granicznych, a o tym, że to jest granica świadczą tylko tablice informujące i znaki drogowe. To jest ten plus Zjednoczonej Europy – można jechać i jechać aż do Atlantyku nie stresując się na granicach… I tylko stojące samochody „krokodylków” z Inspekcji Transportu Drogowego przypominają o pazernym fiskusie.

Przejeżdżając obwodnicą Orawskiego Podzamku patrzę na ponurą sylwetę tamtejszego zamku, w którym kiedyś mieszkali Templariusze sprawujący rolę średniowiecznych Niebieskich Hełmów, ówczesnych sił ONZ, strzegących traktów kupieckich i spokoju mieszkańców. Zjeżdżając w kierunku Širokiej mimochodem rzucam okiem w lewo i…

Gdyby nie kilka TIR-ów jadących za mną, to przydusiłbym hamulec. Na polu złocistej pszenicy widzę dziwne łuki. Trwa to ułamek sekundy, ale pomyślałem, że widzę jakiś agroznak… Postanawiam obejrzeć go w drodze powrotnej. I faktycznie – wracając z powrotem staję przy polu spoglądam i wybucham śmiechem – rzekome łukowate formacje są po prostu ścieżkami technologicznymi i niczym innym. Ale jakże to efektownie wyglądało z samochodu jadącego 100 km/h! Niestety – tylko efektownie…

Ale naprawdę coś ciekawego przydarzyło mi się z Kral’ovanach. Jako że pochodzę z kolejarskiej rodziny i od najmłodszych lat mam bzika na punkcie pociągów i w ogóle transportu kolejowego, to nie omieszkałem obserwować ruchu kolejowego na tej stacji węzłowej, gdzie szlak z Żyliny rozdziela się na szlak do Trsteny i do Rużemberga – a dalej do Liptowskiego Mikulasza i dalej na wschód do Popradu, Koszyc i Preszowa…

Tak więc siedzę na stacji, spozieram na perony… Ludzie czekają na pociągi. Na Słowacji transport kolejowy działa i ma się dobrze – to tylko w Polsce kolej utrupiają sprzedajni i durni politycy – bo może się opłacać i nawet generować zysk!

I naraz coś się dzieje – na stację wjeżdża pociąg, ale jakże osobliwy! Najpierw lokomotywa – żółto-czarna, siemensowska, o dużej mocy. A za nią dziesięć wagonów, nie mniej osobliwych – pomarańczowo-czarne, z czarnymi oknami. Całość jak z kolejowego horroru Grabińskiego, tylko że Grabiński opisywał swe wizje sto lat temu, a tu jasny dzień, XXI wiek i w ogóle…

Pociąg przetoczył się przez stacje i nie zatrzymując się pomknął w kierunku wschodnim. Na ludziach nie wywarł żadnego wrażenia, jakby był jakimś ultranowoczesnym widmem. Najciekawsze było to, że nie miał on żadnych oznaczeń, nawet tablic informujących o relacji… Na lokomotywie ujrzałem tylko napis REGIO-JET, a na ostatnim wagonie napis BUSINESS. I to wszystko.

Widziałem różne tajemnicze pociągi, w tym takie z początków Kolei c.k. Monarchii Austowęgierskiej. Wojskowe eszelony z czasów Polski Ludowej i NATO. Wtedy jeździły ponoć nawet kolejowe „atomowce” z rakietami balistycznymi na pokładzie. A ten…?

– Z całą pewnością jest to pociąg specjalny NATO wiozący Szaraków – oświadczył dr Jesenský z właściwym sobie poczuciem humoru – nie widziałeś jakiegoś w oknie? A może to Ludzie w Czerni?

Ze swej strony rzuciłem hipotezę, że w ogóle to jest jakaś rządówka wioząca strasznie-ważnych-oficjeli-z-NATO-i-UE nad granicę z Ukrainą. Alternatywą był transport Kosmitów do ultratajnego ośrodka badawczego gdzieś w słowackich górach, następnie rzuciliśmy kilka innych pomysłów z Archiwum X. Potem pośmialiśmy się serdecznie aczkolwiek nieżyczliwie, a potem zaczęliśmy dyskutować o ważniejszych tematach i zapomnieliśmy o tajemniczym pociągu.

W domu okazało się, że są to ekspresy jeżdżące z Pragi do Koszyc należące do czeskich linii LEO-JET oraz REGIO-JET, które weszły właśnie na kolejowe szlaki Słowacji. Te pociągi wyglądają naprawdę niezwykle, co widać na zdjęciach z Internetu…

Zdjęcia – http://grzybypl.blogspot.com/2015/07/widmowy-agroznak-i-tajemniczy-pociag.html

Robert K. Leśniakiewicz

Zimny front

Ufff… – skończyły się suche upały, których temperatura podskoczyła do +35,1 st. C i wilgotność spadła do 20 procent i nocami nie przekraczała 50 procent. Oczywiście wywołało to kataklizm suszy glebowej, który dopiero został przerwany w dniu 9.VII przejściem chłodniejszego frontu, który dał w sumie 13,52 l/m kw. Nie jest tego wiele zważywszy, że poprzedni miesiąc był też suchy i spadło w nim zaledwie 39,31 mm deszczu. No i temperatury minimalne spadły do +6 st. C przed wschodem słońca.

Ciekawym jest fakt, że mniej więcej w tym samym czasie w okolicach Workuty na Syberii spadł śnieg, a zagon chłodu spod bieguna sięgnął także do Moskwy. U nas sypnęło w Tatrach – ale powyżej 2000 m n.p.m.

A oto, jak wyglądało u nas przejście chłodnego frontu z opadami deszczu w dniu 09.VII o godzinie 16:00 – 16:30 CEST. Najbardziej spektakularnym był spadek temperatury – z +26 st. C do zaledwie +13 st. C!

Ale już wraca ciepła i letnia pogoda, deszczu ni widu ni słychu, grzybów więc nie będzie, chociaż Księżyc zmierza do nowiu…

Zdjęcia – http://grzybypl.blogspot.com/2015/07/zimny-front.html

Robert K. Leśniakiewicz

Kamienne kule w Polsce 

Ten materiał powstał w nawiązaniu do wcześniejszego raportu na temat kamiennych kul na terytorium Słowacji i Republiki Czeskiej, zamieszczonego na stronie – http://wszechocean.blogspot.com/2015/03/kule-dyski-skay-1.html i dalsze. wniosek końcowy był niezbyt optymistyczny, aliści czas pokazał, że się myliłem i kamienne kule występują także na terytorium Polski, a dokładniej na terenie Beskidu Małego.

Wszystko zaczęło się w dniu 19.VI.2015 roku, od emaila, który napłynął od Pana Adama Kośmidera, w którym napisał on tak:

Witam. Myślę, że to Pana zainteresuje. Wygląda na naturalną formację (nie jest idealną kulą), ale jest dość dziwna, jak i skały dookoła niej. Lokalizacja: powiat suski, gmina Stryszawa, przy drodze z miejscowości Kuków do Targoszowa, za drugim mostem, 50 m po prawej stronie w korycie potoku Targoszówka. W razie zainteresowania tematem mogę udzielić informacji. I dalej numer telefonu.

Drugi email od Pana Kośmidera, z dnia 30.VI.2015 roku zawiadamiał mnie, że znajduje się tam także druga kula w odległości 5 m od tej pierwszej, większej. Sprawa bardzo mnie zainteresowała, więc w dniu 4.VII.2015 roku zdecydowałem się pojechać i obejrzeć rzecz in situ.

Pierwsza wyprawa

Dzień jest cudowny, idealny na takie wyprawy i podróże uczone – bezchmurne niebo, jaskrawe słońce, przejrzysta aeria – jakby napisał to x. Staszic. Widzialność jest nieograniczona, a nad zachodnim horyzontem wisi już nadgryziony Księżyc.

Wyruszyłem o szóstej rano i szybko znalazłem się na miejscu, od którego – jak się okazało – dzieliło mnie tylko 36 km. I rzeczywiście, drugi drewniany most na Targoszówce – wybudowany jeszcze w 1940 roku – przerzucony jest przez bystry potok, na szczęście znajdujący się w tzw. niżówce, co pozwalało rzucić okiem na jego kamieniste dno. Robię pomiary przy pomocy nawigacji GPS – znajduję się na 49°45’15” N – 019°27’35” E i na 496 ± 5 m n.p.m. W lesie, który mnie otacza, temperatura jest niższa, niż w Jordanowie. Kiedy wyjeżdżałem było +13°C, tutaj jest tylko +9°C i od wody ciągnie lodowaty chłód…

Stromą ścieżką schodzę pod most i rozglądam się pilnie. Pierwsze, co zwróciło moją uwagę, to ciemne, czerwono-brązowe kęsy piaskowca istebniańskiego – dokładnie takie jak w Klokočovie na słowackich Kysucach, a zatem jestem na właściwym miejscu. Zastanawiam się przez moment, dokąd skierować swe kroki, w końcu decyduję się pójść w górę strumienia. Dobry wybór, po przejściu półsta metrów ostrożnie przedzierając się przez nabrzeżne krzaki i uważając by nie poranić gołych rąk i nóg, dostrzegam wreszcie pierwszą kulę. Jest niezbyt regularna – przypomina bardziej jajo – ale kształt jest regularny i jajo to jest ostro i wyraźnie oddzielone od reszty górotworu.

Druga kula jest nieco mniejsza, ale za to bardziej regularna. Znajduje się ok. 5 m wyżej od większej kuli. Obie znajdują się na uroczysku skalnych obłomów i głazów z brązowawego piaskowca istebniańskiego. Szybko robię zdjęcia i trzęsąc się z zimna wracam do samochodu, a po paru minutach jadę na południe…

Po powrocie do domu spotykam się z mgr inż. geologiem Stanisławem Bednarzem, który pokazuje mi inne kamienne jajo, które znalazł w okolicach Targoszowa. Twierdzi on, że w okolicach tej miejscowości, w jednym ze strumieni znajduje się cała warstwa skalna, w której tkwi kilkadziesiąt kamiennych kul o różnej wielkości. Jest to typowy przykład powstania odkrywki warstw piaskowców istebniańskich, w których znajdują się konkrecje kuliste (czasami o średnicy do 5 m!) i dodaje, że rzecz jest znana geologom od dawna. Na prawdziwość swoich słów podaje mi kilka adresów do stron internetowych poświęconych Beskidowi Małemu i jego geologii.

A zatem legenda padła, z czego bardzo się cieszę! Nie ma żadnych kosmicznych przyczyn powstania tych dziwnych tworów, ale jest tylko fenomen przyrody nieożywionej…

Opinie z Klubu Kontaktów Kosmicznych

Od początku optowano za taką genezą wszelkich kul, ale problem zasadzał się na generalnie dwóch rzeczach: pozornie niezwykłej, także w wymiarze symetrycznosci, geometrii kul; oraz na tym, że nie chciano generalizować. Ostatni punkt to akurat rzecz niezbywalna, bowiem na przestrzeni dziejów nie raz przywoływano w rękodzielnictwie bryłę kuli, a zatem od przypadku do przypadku trzeba taką generalizacje rozbijać.

Geoida trzymana w ręku przez p. Bednarza jest przypadkiem formacji nie wymagającej szczególnych pokładów imaginacji. Osobiście znajdywałem podobne, mogę spokojnie uznać, że natura tworzy takie coś bez większego problemu. Pozostałe kule przedstawione na zdjęciach noszą znamiona naturalnego występowania – wkomponowanie w otoczenie skalne, odłupania, zasadzenie w podobnym materiale, bezprecedensowość wystąpienia w danym materiale. Polskie kule zatem to dzieło fortuny – i w przypadku ludzi, i w przypadku natury. (Smok Ogniotrwały)

Druga wyprawa

Sprawa ma jednak swój ciąg dalszy.

W dniu 8.VII.2015 roku, wraz z geologiem – mgr inż. Stanisławem Bednarzem przedsięwziąłem podróż uczoną do odkrywki w korycie strumienia Targoszówka, w okolicy II mostu na drodze z Kukowa do Targoszowa. Wyruszyliśmy wcześnie, bo zapowiadała się frontowa burza, która nadciągała z zachodu. Ale u nas było jeszcze w miarę pogodnie. Na niebie świecił księżyc, kiedy o godzinie 04:45 wyruszyłem z domu wraz z Panem Bednarzem do geologicznej odkrywki w okolicy Targoszowa – 36 km na NW od Jordanowa. Jadąc do Suchej Beskidzkiej widzieliśmy wciąż pogodne niebo, ale po wyjeździe z Suchej nad Beskidem Małym ujrzeliśmy piętrzące się dziko ciemne chmurzyska, a kiedy dojechaliśmy do Kukowa, ciemnoszary granat chmur przecięła pierwsza błyskawica. Dojechaliśmy do odkrywki i wtedy zaczęło regularnie grzmieć, a jednocześnie zapadała coraz gęstsza, hucząca gromami ciemność.

Szybko zeskakujemy na dno Targoszówki w miejscu odległym o parę metrów od poprzedniego miejsca, które eksplorowałem. Pan Bednarz pokazuje mi warstwę, o której mówił. Rzeczywiście jest to zlepieniec warstw istebniańskich, w którym jak rodzynki w cieście tkwią konkrecje. Nie są duże – co najwyżej kilka centymetrów. Ale wokół można zobaczyć charakterystyczne odłupy półkuliste z piaskowca, co oznacza, że większe kule tutaj były, tylko zniszczyła je erozja, a inne nadal są w górotworze.

W strumieniu znajdują się inne kulistopodobne twory i to o dużej średnicy – na oko do 3-4 m średnicy! A zatem jeszcze raz potwierdza się to, że jesteśmy na właściwym miejscu i obraz odkrywki w potoku Targoszówka jest niemal identyczny z tym, co widzieliśmy w klokoczowskim kamieniołomie na Kysucach na Słowacji. Tylko ze tam działali ludzie w a naszym przypadku – siły Natury. Niszczący efekt jest podobny. Możemy sobie tylko wyobrazić, jaki jest destrukcyjny wpływ rozpędzonej masy wody, która jest w stanie przenosić i obracać wielotonowe bloki skalne i rzucać nimi jak piłeczkami w korycie potoku!

Niestety, na tym musimy poprzestać. Robi się coraz ciemniej, a w powietrzu pojawiają się pierwsze krople deszczu. Szybko wracamy do samochodu i kiedy otwieram drzwi na głowy runęła nam kaskada wody! W kilka sekund jesteśmy całkiem mokrzy. Jednocześnie uderza w nas potężna fala wiatru. Potężne smreki miotane wiatrem wyglądają, jakby miały zaraz paść… Trzeba uciekać, bo zaraz mogą polecieć na nas drzewa!

Z ulgą zatrzaskuję drzwi, zapinam pas i odpalam silnik. Wycofuję mojego fiata na drogę i… z przerażeniem stwierdzam, że drogi nie ma. Wokół nas jest szara, hucząca wiatrem i piorunami przestrzeń. Niesiony wiatrem deszcz jest tak intensywny, że wycieraczki nie nadążają ze zbieraniem wody z przedniej szyby. Temperatura spada z +24°C do +17°C.

Jedziemy powoli w kierunku Kukowa. Przez zalewane deszczem szyby mało co widać, więc wleczemy się jakieś 30 km/h, dopiero na Trakcie Suskim przyciskam gaz i stwierdzam, że deszcz słabnie. Wlokąc się wjeżdżamy do Suchej Beskidzkiej, gdzie na głównej ulicy leży potężna akacja. Objeżdżamy ją i po drodze widzimy pourywane konary innych drzew.

Na DK 28 pomiędzy Suchą a Makowem Podhalańskim zatrzymuje nas korek. Przez CB-radio dowiadujemy się, że koło Drewdomu powalone drzewo zatrzymało ruch, zaś dwa inne zatarasowały drogę w innych miejscach, więc przychodzi nam czekać jakieś pół godziny. Przez radio dowiadujemy się, że strażacy pracują już na miejscu. Czekając słuchamy także JEDYNKI i RADIA PLUS, gdzie mówią o przechodzących nawałnicach i trąbach powietrznych, które dały się we znaki na Opolszczyźnie, Ślasku i Wielkopolsce. Ponoć 4000 miejscowości jest bez prądu, a spadające drzewo zabiło kierowcę… 1000 razy wzywano Straż Pożarną do interwencji, w tym 700 razy w Małopolsce. To coś mówi o skali kataklizmu.

Tymczasem deszcz powoli ustaje i robi się jaśniej. Burza odchodzi w kierunku Jordanowa i Rabki… Zator zlikwidowano, więc ruszamy dalej. Po drodze obserwujemy mgły wiszące na szczytach gór – niezawodny znak dalszych opadów. Wszędzie widać ślady przejścia silnego wiatru: połamane gałęzie, zerwane liście, pozrywane i połamane reklamy… Na szczęście nie widzimy zerwanych dachów czy zrujnowanych budynków.

W Jordanowie jesteśmy o 07:00. Na Plantach widzimy połamane wierzby ozdobne – potężne uderzenia wiatru zerwały im wierzchołki. Podobnie okaleczona została wierzba koło Biblioteki Publicznej. U mojej siostry wiatr złamał sumaka octowca. Poza tym większych strat nie było.

W południe mamy znów upał – temperatura podskakuje do +31,5°C, wilgotność spada do 53%, ale ciśnienie oscyluje z częstotliwością 1 hPa/2 h, wokół wartości 1005 hPa. Spadło ogółem 12,48 l/m²„Tylko” albo „aż”, dla letników – „aż”, dla rolników, leśników, plantatorów i grzybiarzy – „tylko”. A przydałoby się tego deszczu tak dwa-trzy razy więcej… I na tym przygoda się skończyła.

Podsumowując – kamienne kule nie są żadnym pozaziemskim ewenementem, a normalnym zjawiskiem ziemskiego pochodzenia i wytworem Natury. Występują w twardych piaskowcach i zlepieńcach magurskich, które z kolei występują w Beskidzie Śląskim i Małym. Najwidoczniej taka jest ich właściwość, że wytwarzają kuliste konkrecje o średnicy nawet do kilku metrów średnicy, które wzbudzają (i słusznie) ludzki podziw.

Jestem winien Czytelnikowi ostrzeżenie: gdyby ktoś chciał poszukać tych kul w korytach górskich potoków, to musi uważać na warunki pogodowe. Czasami krótki burzowy „norymny” opad może zamienić te ciurkające strumyki w mordercze potoki wody, które rwą niepowstrzymanie w dół stwarzając niebezpieczeństwo dla wszystkiego, co żyje. Tak było kilka lat temu w Makowie Podhalańskim, gdzie w ciągu kilku minut wody z czterech ciurkających strumieni zalały miasto niemal dwumetrową warstwą wody! Szybkość z jaką to się stało jest zdumiewająca bo nawet szczury się potopiły! Nie zdążyły uciec przed tym meteorologicznym Armagedonem! A zatem – trzeba uważać.

Zdjęcia:

Robert K. Leśniakiewicz