Miesiąc: Marzec 2015

Wielkanocna zamieć

No i wykrakałem. Pogoda zmieniła się w sposób diametralny już w poniedziałek. Otóż w jeszcze w poniedziałek było bardzo przyjemnie – temperatura w miarę wysoka i w najcieplejszej porze dnia termometr pokazywał +15°C, a poprzez szybko biegnące z południowego-zachodu chmury pokazywało się słońce. Niestety, ciśnienie szybko spadało, co nie wróżyło niczego dobrego…

Tak było mniej więcej do godziny 15:00. O tym czasie pogoda się załamała – od Babiej Góry nadciągnęły ciemne, ołowiano-sine chmury, z których uderzyło wiatrem, a potem deszczem… Temperatura spadła o 10°C, zrobiło się nieprzyjemnie i zimno. Ciśnienie atmosferyczne podskoczyło o 2 hPa po to tylko, by znów iść w dół. A potem nastąpiło przejaśnienie i po trzech godzinach następna „chaja”.

W nocy z poniedziałku na Wielki Wtorek temperatura spadła do wartości jedynie +1,5°C zaś ciśnienie spadło do poziomu 990 hPa, i nad ranem popadało śnieżkiem, którego resztki oświeciły zorze poranne. Nie na długo, bowiem o godzinie 09:00 było już zachmurzenie całkowite, a w godzinę później zaczęło sypać śniegiem i sypie cały czas przy temperaturze +1,7°C. Ciśnienie atmosferyczne znów idzie w dół w tempie 1-2 hPa/h! – czyli jak na razie wypełnia się najczarniejszy scenariusz pogodowy Wielkiego Tygodnia – Święta po lodzie… Jednakże nie ma się co przejmować – śnieg w Święta Wielkanocne to nic niezwykłego na naszej wysokości nad poziomem morza i szerokości geograficznej!

Foto – http://grzybypl.blogspot.com/2015/03/wielkanocna-zamiec.html

Robert K. Leśniakiewicz

Reklamy

Jakie Święta???

Od kilku dni wszyscy zadają mi pytanie: jakie będą Święta? Jaka pogoda w Wielkanoc? No cóż – można powiedzieć, że to wie jedynie Pan na Wysokościach, bowiem wszelkie prognozy dłuższe niż trzydniowe biorą w łeb, a to ze względu na wciąż pogłębiający się EGO – efekt globalnego ocieplenia…

Istnieje przepowiednia ludowa głosząca, że jaka Niedziela Palmowa, taka Wielka. No to w sumie było nieźle: noc była pogodna, ranek nieco chłodny, ale bez przymrozka – bo temperatura wynosiła +0,8°C – no i pojawiło się jaskrawe słońce, które świeciło do godziny 13. Potem – niestety – pojawiły się chmury, ale powiało od południa i temperatura utrzymywała się nawet w granicach +13°C, zatem nieźle!

Istnieje jednak druga przepowiednia, która głosi, że jak w Niedzielę Palmową jest słońce, to w Święta poleje! I niestety na to wygląda, bowiem ciśnienie atmosferyczne spada na łeb na szyję – jakieś 0,5 – 1 hPa/h, a co za tym idzie – idzie niż, który przyniesie ze sobą deszczowe chmury. Wygląda na to, że wszystkie dni Wielkiego Tygodnia będą zimne, deszczowe i w ogóle zasmarkane. Z drugiej strony nie ma się czym przejmować – pamiętam niejedną Wielkanoc po śniegu…!

Tak czy inaczej, będziemy mogli zweryfikować nasze ludowe mądrości!

Zdjęcia – http://grzybypl.blogspot.com/2015/03/jakie-swieta.html

Robert K. Leśniakiewicz  

Znowu samolot-widmo?

W słoneczną Niedzielę Palmową, miałem okazję po raz kolejny zaobserwować ciekawą rzecz, a mianowicie – duży samolot pasażerski lub transportowy, lecący na niedużej wysokości – jakich 1000 – 1500 m nad powierzchnią ziemi, który poruszał się nie wydając żadnego dźwięku!

A oto metryka tej obserwacji:

 

TYP INCYDENTU: DD

MIEJSCE: Jordanów –  49°38′57″N – 019°49′48″E

DATA: 29.III.2015 r.

CZAS: 09:31 CEST/07:31 GMT

CZAS TRWANIA: ok. 1 min.

ILOŚĆ OBIEKTÓW: 1

ŚWIADKOWIE: 1

ZDJĘCIA: 1 (z telefonu Sony Experia T3)

PRAWDOPODOBNE WYJAŚNIENIE: samolot lecący na wysokości 1000-1500 m w kierunku portu lotniczego im. Jana Pawła II w Krakowie-Balicach (KRK)

 

Warunki pogodowe były następujące:

 

TEMPERATURA POWIETRZA: +6,9°C

WILGOTNOŚĆ POWIETRZA: 56%

WIATR: lekki wiatr z N-NW

CIŚNIENIE ATMOSFERYCZNE: 942/1003 hPa

ZACHMURZENIE: 0,4

WIDZIALNOŚĆ: dobra, CAVU

 

Wyglądało to strasznie dziwnie, bo ów bezgłośny samolot pojawił się w polu widzenia jakby znikąd, na tle ławicy chmur nadciągającej z kierunku NW. Napisałem „bezgłośny”, bo nie wydawał on żadnego dźwięku. Leciał szybko w kierunku północnym – w stronę portu lotniczego im. Jana Pawła II w Krakowie-Balicach.

Po przyjściu do domu usiłowałem zidentyfikować ten samolot przy pomocy danych ze strony internetowej WWW.flightradar24.com, z których wynikało, że mógł to być samolot Boeing-738 o znakach EI-EVZ z lotu nr FR4511 z Palma de Mallorca (PMI) do Krakowa (KRK), który lądował tam o godzinie 09:42 CEST/07:42 GMT.

W grę mógł jeszcze wejść samolot linii Adria Airways Canadair CFR-900 o znakach S5AAV, z lotu ADR400 z Lublany (LJU) do Łodzi (LCJ), który o podanym czasie znajdował się nad Beskidami. Rzecz w tym, że wtedy leciał on na wysokości 12.000 m, ergo nie mógł być zaobserwowany na wysokości, na której leciał tamten samolot.

Poza tym w okolicy były jeszcze dwa samoloty:

Airbus A319-112 z Czech Airlines, nr rej. OK-NEO lecący ze Stuttgartu (STR) do Krakowa;

Airbus 320-214 z Lufthansy, nr boczny D-AIUC, lecący z Frankfurtu (FRA) też do Krakowa,

– które właśnie były w trakcie podchodzenia do lądowania i wytracały wysokość. W opisywanym czasie znajdowały się na wysokości poniżej 5000 m, jednakże znajdowały się w odległości ok. 50 km na północ od Jordanowa i nie mogłyby być zaobserwowane.

A zatem jeżeli był to Boeing 738 lecący do Krakowa, to w takim razie zachodzi pytanie: dlaczego nie słyszałem pracy jego silników? Wszak nie mógł on lecieć na wyłączonych silnikach. Poza tym jak to się stało, ze ten samolot pojawił się nagle w moim polu widzenia i równie tajemniczo znikł, zanim zdążyłem go sfotografować? Bo zdjęcie to wykonałem tylko dlatego, by mieć na obrazku czas i kierunek zniknięcia tej maszyny. Być może mam do czynienia ze zjawiskiem odbicia i tłumienia dźwięków przez warstwy powietrza o różnej gęstości – coś à la działanie termokliny czy izohaliny w wodzie…

Tak czy inaczej, to co widziałem było na tyle niezwykłe, by zachować to w pamięci.

Robert K. Leśniakiewicz

Katastrofa w Fukushimie uwolniła więcej radioaktywności niż w Czarnobylu

(Natural News) Skumulowana ilość radioaktywności uwolnionej w Fukushimie przewyższa ilość radioaktywności uwolnionej w czasie niesławnej katastrofy w Czarnobylu w 1986 roku – jak mówią nowe dane opublikowane przez magazyn „Nature” – a zniszczenia wciąż postępują.

 

Uczeni z Japonii po zbadaniu koncentracji radioaktywności w różnych punktach Pacyfiku i lądu odkryli, że co najmniej 120 petabekereli (PBq) albo 120 kwadrylionów bekereli (Bq) radioaktywnego cezu-134 (Cs-134, 134Cs*) i cezu-137 (Cs-137, 137Cs*) zostało uwolnionych z Daiichi-Fukushima 1 EJ wprost w wody oceanu.

 

Ta liczba jest o 11% wyższa niż ogólna liczba ilości radioaktywnego cezu uwolnionego w czasie katastrofy w czarnobylskiej EJ zarówno na ląd jak i w wody, ilustruje prawdziwe zagrożenie katastrofy w Fukushimie, które media z głównego nurtu ukrywają przed szeroką publicznością.

 

Zgodnie z przeprowadzonymi badaniami analizującymi dane zebrane w wielu stacjach pomiarowych zlokalizowanych na Północnym Pacyfiku wszędzie stwierdzono radioaktywność z Fukushimy. Dane te, choć niekompletne, posłużyły do określenia skażeń wód pacyficznych rozprzestrzenianych przez prądy oceaniczne.

 

Na podstawie tych modeli, określono iż do Północnego Oceanu Spokojnego zostało wpuszczonych z Fukushimy 46 PBq radioizotopu 134Cs*. Jednakże studia te także mówią, że 6 PBq radionuklidu 134Cs* znalezionego na badanych akwenach i terenach stanowią zaledwie 10% ogólnego skażenia, co podwyższa jego wartość do 60 PBq radioaktywnego Cs-134.

 

W połączeniu z całkowitym – jak się uważa – ulotem Cs-137, autorzy tegoż studium konkludują, że te 120 PBq obu radionuklidów cezu, zostały wpuszczone do Północnego Pacyfiku wskutek tej katastrofy. W porównaniu do 108 PBq radioaktywnego cezu wypuszczonego w Czarnobylu, jest to o 11% więcej.

 

Fukushima: najgorsza katastrofa nuklearna w historii

 

Ale należy odnotować najważniejsze w tej historii, że te 108 PBq z CzEJ zostało zdeponowane na lądzie i w morzu. W przypadku Fukushimy, te 120 PBq to radioaktywność znajdująca się w wodzie, szczególnie w wodach cyrkulujących w Północnym Oceanie Spokojnym – całkowita ilość radiacji z Fukushimy na lądzie i w wodzie jest przynajmniej o jeden rząd wielkości większa niż podana tu liczba… (czyli 1200 PBq albo 1,2 EBq – eksabekereli – przyp. tłum.)

Raport Nuclear Energy Agency stwierdza, że kiedy będą dostępne bardziej dokładne dane o depozytacji skażeń, ONZ ocenia całkowitą emisję radionuklidu 137Cs* na 70 PBq – wyjaśnia ENENews.com.

Ocenia się, że radioizotop 134Cs* stanowi 53,7% z ogólnej całości, czyli 38 PBq na ogólne 108 PBq. Inaczej niż w Fukushimie ilość ta dotyczy wszystkiego, co zostało uwolnione do środowiska. W Fukushimie policzono tylko to, co poszło do oceanu.

Implikacje tego wszystkiego są zdumiewające, bowiem Czarnobyl przez wiele lat był uznawany za najgorszy incydent nuklearny w historii, jednak opuszczona strefa otaczająca go jest najbardziej pustynnym  miejscem, opuszczonym przez setki tysięcy ludzi, i nadal są odczytywane tam wysokie poziomy skażeń w okolicy elektrowni.

Ale teraz katastrofa w Czarnobylu blednie w porównaniu do tej w Fukushimie. Fukushima nie tylko stanowi zagrożenie dla Ludzkości z powodu swej bliskości oceanu, ale najbardziej wiarygodne dane jakie mamy wskazują na to, że Fukushima rozprzestrzenia znacznie więcej radioaktywności na cały glob, niż Czarnobyl kiedykolwiek był w stanie.

Najgorszym zaś jest fakt, że ta liczba 120 PBq nie zawiera w sobie i nie bierze pod uwagę innych radioizotopów, takich jak: plutonu – Pu, strontu – Sr i uranu – U, które są roznoszone przez wiatry i wodę od 2011 roku, w którym ta katastrofa miała miejsce. Biorąc pod uwagę skażenia wywołane przez te radionuklidy, obraz katastrofy jest jeszcze bardziej straszny i to, co czeka Ludzkość jest równie ponure.

 

Moje 3 grosze

 

Jak dotąd radioaktywne chmury znad Japonii do nas nie dotarły, ale czy to oznacza, że będzie tak zawsze? Niestety – non sequitur! – nie wynika. To niebezpieczeństwo wciąż istnieje i jest piekielnie realne. W przypadku takich katastrof nie istnieje odległość, bo wszystko jest kwestią prądów powietrznych. Na szczęście nie grozi nam skażenie ze strony (i tak już skażonego chemicznym paskudztwem) Bałtyku. Nie zapominajmy, że aż cztery reaktory atomowe ze zrujnowanej Daiichi-Fukushima 1 EJ nadal emitują w powietrze i do wody radioaktywne paskudztwa, które nadal skażają wody oceaniczne i atmosferę, a co za tym idzie wszystko co żyje…

Ale w Czarnobylu był tylko jeden! Ale Czarnobyl, to była sprawa polityczna. Zachodnia propaganda straszyła nas na potęgę radzieckim atomem. Dzisiaj jakoś przycichła, bo okazało sie, że amerykanski atom jest niemniej groźny, a nawet groźniejszy. Tak czy owak – cieszmy się, że na razie Polskę ominęła ta plaga i katastrofa elektrowni jadrowej nam nie grozi, ale…

Ale nie zapominajmy, że Polska jest otoczona krajami, w których znajdują się elektrownie atomowe, z których część jest zbudowana w oparciu o przestarzałe radzieckie technologie. I ze względu na to, nadal jestem zwolennikiem nauczania PO w szkołach średnich i przywrócenia PO na maturze. Co więcej – PO powinno być zdawane obowiązkowo na maturze i to na takich zasadach, jak zdaje sie egzamin na skoczka spadochronowego lub pilota: albo 5 albo 1. Innych ocen nie ma. Dlaczego? – ano dlatego, że (nie daj Panie Boże!) może to być nam bardzo przydatne w tej niepewnej przyszłości… I dobrze byłoby, gdyby zajęły się takim szkoleniem ZHP i ZHR oraz te wszystkie lokalne „Strzelce” i „Sokoły”, jeżeli to nieudolne, niewydolne i zdychające państwo nie jest w stanie tego zapewnić…

Bo tutaj chodzi o zdrowie i życie nas wszystkich.

 

Źródła:

Przekład z j. angielskiego – Robert K. Leśniakiewicz ©

Płomienie wiosny

Od kilku dni wiosna nam się rozpoczęła na dobre. Słońce, cieplejszy wiatr od Tatr. Nasze miasto znów pięknieje w blasku słońca.

No i jak co roku, Polaków ogarnął pierdolec palenia trawy z ubiegłego roku. Wydawałoby się, że do ich wyobraźni powinny przemówić ostrzeżenia policji, strażaków, ekologów, apele księży i ludzi z ochrony przyrody… Ale gdzie tam! – dzielni polscy bezmózgowcy mają to sami-wiecie-gdzie i palą dalej, bo…

No właśnie – nawet nie potrafią tego w jakiś rozsądny sposób uzasadnić. Jest chora tradycja i trawa na wiosnę musi płonąć. A to, że się przy okazji spali las, czy stodoła – to nieważne! Najważniejsze jest to, że dziadek palił, ojciec palił, to i Polak z naszej generacji też trawę palił będzie! To pozostało u nas jeszcze z czasów Popielidów i Piastów, kiedy to wypalano puszcze i uprawiano trójpolówkę.

Ostatnio w Jordanowie ten obłęd jakby się skończył, ale za to w Toporzysku i na Mąkaczu płoną trawy, że aż nie-miło! W Toporzysku bezmózgowcy palą trawy wieczorem i w nocy. Żeby czasami ktoś nie widział, kto pali i nie doniósł policji. Natomiast w przypadku Mąkacza jakiś bezmózgi cioł podpalił trawę koło stacji paliw – przy wiejącym wietrze halnym!!! Chyba ten idiota miał nadzieję na jakieś fajerwerki – ale na szczęście nasza OSP zagasiła ten pożar. A gdyby nie zdążyła?

Na dodatek ten idiotyzm jest niebezpieczny dla kierowców, bo dym ogranicza widoczność i potrafi gryźć w oczy. Na drodze ułamek sekundy może zaważyć na czyimś życiu i zdrowiu. O wypadek nietrudno…

Nie bez kozery mówi się: „biedny bo głupi – głupi bo biedny…” Kiedy wreszcie ten biedny naród zmądrzeje? Musi wymrzeć kolejne pokolenie, które ma we krwi palenie traw, to może wreszcie się to kiedyś skończy…?

Zdjęcia – http://grzybypl.blogspot.com/2015/03/pomienie-wiosny.html

Robert K. Leśniakiewicz

Zaćmienie Słońca (saros 120)

W dniu dzisiejszym mamy całkowite zaćmienie Słońca widoczne na północnym Atlantyku od Svalbardu do Wysp Owczych. Faza całkowitego zaćmienia będzie widoczna przez 2m30s w Barentsburgu na Szpicbergenie.

U nas będzie to zaćmienie częściowe i dla Krakowa jego dane wyglądają następująco:

Początek – 08:43 GMT/09:43 CET

Maksimum – 09:52 GMT/10:52 CET

Koniec – 11:03 GMT/12:03 CET

Faza – 0,697

Faza zaćmienia w innych polskich miastach wygląda następująco:

Bydgoszcz – 0,764; Gdańsk – 0,775; Lublin – 0,696; Poznań – 0,759; Szczecin – 0,799, Warszawa – 0,729 i Wrocław – 0,738.

Jak widać im bardziej na północny-zachód, tym tarcza słoneczna będzie bardziej zasłonięta przez księżycowy dysk.

Pogoda do obserwacji – wymarzona: temperatura powietrza -4,4°C, ciśnienie wysokie – 1019 hPa, bezchmurne niebo, niska wilgotność powietrza – 30%. Słaby wiatr wiał z kierunku NE-E.

A to było tak: zaćmienie rozpoczęło się punktualnie i pierwsze zdjęcia wykonałem o godzinie 10:10 CET, kiedy górny brzeg tarczy słonecznej był wyraźnie „nadgryziony”. Temperatura powietrza wynosiła +5,1°C, przy stałym ciśnieniu 1017 hPa i wilgotności powietrza rzędu 48%, wiatru brak.

Kolejną serię zdjęć wykonałem o 10:40 CET – temperatura powietrza spadła do +4,8°C, pozostałe parametry – BZ.

Trzecia seria zdjęć została wykonana o 10:52 CET – w czasie kulminacji zaćmienia. Blask Słońca wyraźnie osłabł, kwiaty krokusów zaczęły się stulać. Temperatura spadła do +4,5°C – reszta parametrów BZ. Zerwał się lekki wiatr z kierunku SW.

Czwarta seria zdjęć została zrobiona o 11:11 CET. Temperatura powietrza nadal wynosiła +4,5°C. Blask słoneczny zaczął ponownie tężeć.

O godzinie 11:20 temperatura podniosła się do +4,7°C.

Piąta seria zdjęć została zrobiona o 11:30 CET. Temperatura powietrza idzie w górę i osiąga +5,2°C, wilgotność wynosi 47%.

O godzinie 11:45 CET temperatura podskoczyła do +6°C, a wilgotność spadła do 46%.

O godzinie 12:03 CET zaćmienie się skończyło. Temperatura powietrza wyniosła +7°C, zaś wilgotność spadła do 43%. Pozostałe parametry – BZ.

Następna taka impreza czeka nas za 6 lat, natomiast całkowite zaćmienie Słońca – takie jak w 1954 roku – nastąpi dopiero w 2135 roku.

Zdjęcia – http://wszechocean.blogspot.com/2015/03/zacmienie-sonca-saros-120.html

 

Robert K. Leśniakiewicz

GRÓB BOHATERA

W mglisty poranek, 3 września 1939 roku 10 pułk strzelców konnych zajmował pozycje obronne na stokach Lubonia Małego, w Naprawie i Skomielnej Białej. Ponieważ widoczność była minimalna, w celu stwierdzenia, co robi nieprzyjaciel na przedpole wyruszył silny patrol – pluton motocyklistów por. Jerzego Wasilewskiego. Pluton zajął stanowiska w rejonie Zaborni i wypuścił szperaczy w kierunku Chabówki. Dochodził do nich odgłos silników długiej kolumny pojazdów 4 Dywizji Lekkiej, która zmierzała od Raby Wyżnej w kierunku Rabki. W pewnym momencie usłyszano kolejną, podjeżdżającą od Rabki na Zabornię grupę pojazdów. Urządzono zasadzkę, w którą wpadł czołowy pojazd – ostrzelani Niemcy zbiegli, ale pozostawili na drodze łazik, a w nim teczkę z dokumentami operacyjnymi. Należało jak najszybciej dostarczyć je do sztabu brygady. Niestety, wysłany patrol stwierdził, że w międzyczasie Niemcy uderzeniem od Rabki zajęli skrzyżowanie w Skomielnej Białej, odcinając pluton od reszty pułku. Porucznik Wasilewski zdecydował wycofać się czerwonym szlakiem turystycznym. Tak dojechano do Skawy Dolnej, a stąd do Naprawy, gdzie pluton został ostrzelany przez pułkowe cekaemy. Na szczęście pomyłka została szybko wyjaśniona – celowniczych zmyliły hełmy wzoru „niemieckiego” oraz fakt, że motocykliści pojawili się tuż po przejściu patrolującego oddziału 2 Dywizji Pancernej, która właśnie zajmowała płonący Jordanów. Czwarty szwadron 10 psk por. Hermana Cieślińskiego, mający stanowiska na szosie Jordanów – Skomielna Biała, po zajęciu przez Niemców obu miejscowości również został odcięty. Strzelcy wycofali się przez las na Luboń Mały, zaś motocykliści nie chcąc porzucać sprzętu, przedostali się bardzo trudnym terenem, przez lasy, potoki i bezdroża do wsi Naprawa. Odcinek ten nie był obsadzony – stanowił lukę pomiędzy ugrupowaniami 10 psk na stokach Lubonia Małego oraz 24 pułku ułanów w Chrobaczym i Łętowni. Tutaj w nocy dwa patrole 90 zmotoryzowanego batalionu saperów 10 BK pod dowództwem sierż. pchor. Edmunda Biszewskiego położyły na drogach szereg zagród minowych – łącznie 185 min przeciwpancernych.

 

Dojechawszy do Naprawy, pluton por. Wasilewskiego znalazł się na „ziemi niczyjej”, pod ogniem nieprzyjaciela. Aby uniknąć ostrzału, należało jak najszybciej przedostać się w kierunku „zakopianki”. Taką szansę dawała zaznaczona na wojskowych mapach droga, prowadząca z roli Tatarkowej w kierunku roli Mirkowej. Motocykliści ruszyli nią, ale gdy ujechali kilkadziesiąt metrów wydarzył się dramat. Jak zrelacjonował dowódca plutonu, nagle tuż przede mną następuje straszliwa detonacja i wszystkich nas okrywa dym i kurz. Spadają na ziemię jakieś kawałki, koło mnie leży koło od motocykla z kawałkiem przyczepki. Po rozwianiu się dymu widzę przed sobą szczątki motocykla. Na krzakach obok wiszą jak szmata szczątki kaprala Kańskiego, mego najlepszego dowódcy patrolu. Poznaję go po mundurze – tylko on był w drelichu. Na ziemi kapral Kubiak unosi prawą rękę bez dłoni i poczerniałą twarz. Jęczy, strzela paląca się amunicja, która była w motocyklu. Jesteśmy sparaliżowani grozą. Pierwszy motocykl kilkanaście metrów w przedzie wygląda podobnie. Kapral Kubiak jeszcze żyje. Żyją również kapral Zieliński i st. strz. Siupik z pierwszego motocykla. Zabieramy ich na łazik. Na dobitkę z tyłu dostaję znowu ogień od Niemców. Ostrzeliwujemy się i omijając niebezpieczne drogi, przez pola dostajemy się wreszcie na szosę do Lubnia (…).

Okazało się, że pierwszy motocykl przejechał po zagrodzie minowej nie najeżdżając na żadną z min i wyleciał na drugiej, w tym samym momencie gdy jadący za nim pojazd z kpr. Kańskim najechał na minę pierwszej zagrody. Pierwszą zagrodę minową tworzyło dwanaście min, a drugą osiem. Jedna mina przeciwpancerna wz. 37 mogła zawierać kostki trotylu o łącznej wadze 1 kg. W wyniku eksplozji zginął kpr. Jan Kański, dowódca patrolu nr 5, odznaczony pośmiertnie Krzyżem Virtuti Militari V klasy. We wniosku odznaczeniowym dowódca plutonu, wtedy już rotmistrz Wasilewski, napisał: 3.IX.39 r. pod Naprawą, gdy pluton znalazł się na polu minowym i był pod ogniem, kpr. Kański z kpr. Kubiakiem na ochotnika wyjechali na czoło plutonu celem próby drogi. W wykonaniu zadania wjechali na 12 min, wylatując w powietrze, przez co uchronili resztą plutonu (z powodu przeważającego nieprzyjaciela chodziło o szybkie wyjechanie spod ognia). Ciężko ranny kpr. Kubiak pozostał inwalidą bez dłoni i nogi, stracił także słuch. On oraz lżej ranny kpr. Czesław Zieliński, kierowca czołowego motocykla, otrzymali za działania pod Naprawą Krzyże Walecznych. Rany odniósł także st. strz. Siupik – celowniczy rkm, który został skierowany na leczenie do szpitala. W kolejnych dniach, na minach założonych przez polskich żołnierzy w Naprawie wyleciało kilka pojazdów i wozów – zginęło przy tym czterech niemieckich żołnierzy (ekshumowanych przez Niemców w 1941 r. na cmentarz wojskowy w Bielsku), a także, niestety, kilka osób cywilnych. Jako miejsce pochówku kpr. Kańskiego dostępne źródła – m.in. Księga pochowanych żołnierzy polskich poległych w II wojnie światowej, bazująca na danych PCK – wskazywały cmentarz w Jordanowie, taką też informację zamieściłem redagując w 2010 r. Księgę strat regionu babiogórskiego.

Ponad 70 lat po opisanych wyżej wydarzeniach, podczas wizyty w Urzędzie Gminy Jordanów, dowiedziałem się o istnieniu na terenie cmentarza parafialnego w Łętowni tzw. Grobu Nieznanego Żołnierza. Informacja ta była dla mnie zaskoczeniem, gdyż mogiła taka nie figuruje ani w bazie grobów Urzędu Województwa Małopolskiego, ani w bazie ogólnokrajowej, prowadzonej przez Radę Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa. Okazało się jednak, że obiekt ten jest wzmiankowany w Przewodniku po upamiętnionych miejscach walk i męczeństwa – lata wojny 1939-1945, z 1988 roku jako pomnik – niestety, bez żadnych dodatkowych informacji.

 

Szperając w krakowskim archiwum natrafiłem na materiały dotyczące grobów z okresu ostatniej wojny. Ankieta dot. grobów wojennych znajdujących się na terenie parafii Łętownia, sporządzona 25 marca 1946 r. przez proboszcza, ks. Jana Karcza wymieniała jedynie mogiły jedenastu żołnierzy Armii Czerwonej w Tokarni i Naprawie oraz grób partyzanta Tadeusza Berezowskiego na cmentarzu parafialnym. Jednak starsza o kilka miesięcy notatka (z 12 września 1945 r.) sygnowana przez wójta gminy Łętownia, Stanisława Matlaka informowała o dalszych grobach wojennych. Według niej, na terenie wsi Łętownia miały znajdować się cztery groby wojenne – grób żołnierza niemieckiego, poległego w czasie odwrotu 29 stycznia 1945 r. oraz trzy groby na cmentarzu: grób nieznanego żołnierza polskiego z 1939 r., grób partyzanta z 30 stycznia 1945 r. oraz grób dwóch partyzantów z 1944 r.

Ustaleniem tożsamości partyzantów nie stanowiło dla mnie problemu. Chodzi oczywiście o poległego w ostatniej w tej wojnie akcji, wspomnianego przez ks. Karcza żołnierza AK Tadeusza Berezowskiego, który zginął – wg zapisu w księgach parafialnych 1 lutego 1945 r., a został uroczyście pochowany dwa dni później, a także dwóch żołnierzy oddziału AK „Limba” – Stanisława Turka „Nywka” i Romana Berneckiego „Tarzana”, którzy zginęli w nieudanej akcji na Niemców nadzorujących prace fortyfikacyjne w Skomielnej Czarnej (wówczas wieś ta znajdowała się w parafii Łętownia), 13 października 1944 r. Szczątki dwóch ostatnich przeniesiono w listopadzie 1945 r. na cmentarz w Myślenicach, tak więc w chwili sporządzania notatki przez ks. Karcza nie spoczywali już na administrowanym przez niego cmentarzu. Kim jednak był nieznany żołnierz? Po bitwie pod Jordanowem w Łętowni pojawiły się oddziały 24 pułku ułanów oraz Obrony Narodowej, jednak w czasie pobytu w tej miejscowości nie miały strat; zresztą na tym kierunku nie doszło w ogóle do poważniejszych starć z Niemcami. Dostępne zestawienia grobów wojennych nie sugerowały, aby jakikolwiek żołnierz WP mógł spocząć na cmentarzu w tej miejscowości, milczały na ten temat również księgi w przechowywane w parafialnym archiwum, przebadane kilka lat wcześniej, przy okazji opracowywania monografii Jordanowa.

Zakupione parę miesięcy temu na aukcji internetowej zdjęcie zniszczonego motocykla „Sokół”, używanego w jednostkach 10 Brygady Kawalerii oraz znajdującego się obok żołnierskiego grobu stało się inspiracją do ponownego zbadania tej historii.

Analizując widoczny w dali pejzaż doszedłem do wniosku, że zostało ono wykonane w rejonie roli Tatarkowej w Naprawie. Pamiętałem, że nieżyjący już Adam Medes opowiadał, że w tym rejonie zginął na minach motocyklista – początkowo sądzono że niemiecki (hełm!), jednak kiedy poznałem historię patrolu por. Wasilewskiego nie miałem wątpliwości, że miejsce należy łączyć z tym zdarzeniem. Zdania indagowanych w tej sprawie mieszkańców Naprawy – takich, którzy w 1939 r. byli dziećmi, względnie znali temat z opowiadań swoich rodziców – były podzielone. Jedni potwierdzali, że na roli Tatarkowej zginął niemiecki motocyklista; inni jednak stwierdzali, że był to polski żołnierz, a Niemcy zginęli i byli pochowani nieco dalej, za domem Wojdyłów, który został z zemsty spalony. Jeden z informatorów, Franciszek Pustelnik opowiadał, że na roli Tatarkowej zginął motocyklista, którego eksplozja wyrzuciła na śliwy rosnące obok domu Bombolów. To już bardzo pasowało do historii kaprala Kańskiego! Niestety, nikt nie pamiętał żadnego grobu na roli Tatarkowej. Wreszcie jeden z młodszych informatorów stwierdził, że „dawno opowiadano”, że był tam jakiś grób, ale żołnierza z niego przeniesiono na cmentarz… do Łętowni.

 

W ten sposób w ciągu niewielu chwil sprawa stała się jasna – Łętownia była w 1939 r. parafią Naprawy. Jednak kilkanaście lat temu księgi dotyczące wsi Naprawa zostały przeniesione do parafii św. Siostry Faustyny Kowalskiej, erygowanej w 2003 r., co przy odłączaniu się nowej parafii jest zwyczajową procedurą. Dzięki uprzejmości ks. proboszcza Jana Fryźlewicza udało się w nich odnaleźć zapis: Joannes Kański, miles Polonus, ortus Grotniki, distr. Stopni. (Jan Kański, żołnierz polski, pochodzący z Grotnik w powiecie stopnickim – obecnie są to Grotniki k. Nowego Korczyna). Księga zmarłych informuje również, że żołnierz ten padł w bitwie, miał 30 lat, a został pochowany na łętowskim cmentarzu przez wikarego, ks. Józefa Żurawika w dniu 8 września 1939 r. Jedyna informacja, która się nie zgadzała, to data śmierci – 4 września, poprawiona na 6 września (zapewne wikary zasłyszał taką wersję).

W tym momencie wszystkie elementy układanki wydają się do siebie pasować. Żadna z napotkanych, dzisiaj żyjących osób nie pamięta pierwszego grobu w Naprawie, bo znajdował się on tam zaledwie przez kilka dni. Podobnież nikt w Łętowni nie potrafił wyjaśnić, skąd wziął się na cmentarzu grób żołnierza z 1939 r. Prawdopodobnie po wojnie, jeżeli w ogóle poszukiwano personaliów pochowanego żołnierza, przez przeoczenie nie sprawdzono ksiąg dla wsi Naprawa, a tylko dla Łętowni. Ksiądz Żurawik odszedł z parafii w 1946 r. Ks. Jan Karcz był proboszczem do 1950 r., niestety nie pozostawił żadnych zapisów na temat lat wojny. Żołnierskim grobem zainteresowano się prawdopodobnie dopiero wtedy, gdy pierwszy krzyż zniszczał i postanowiono zastąpić to stojącym do dziś betonowym obeliskiem z nieco mylącą inskrypcją + PAMIĘCI NIEZNANEGO ŻOŁNIERZA POLEGŁEGO ZA OJCZYZNĘ 1939-1945.

W obecnej chwili pewne jest, że żołnierski grób pochodzi z 1939 r. (co odnotowano w urzędowym w zestawieniu grobów wojennych), oraz że żołnierzem pochowanym wtedy na cmentarzu był kpr. Jan Kański z plutonu motocyklistów 10 pułku strzelców konnych, który zginął w wyjątkowo tragicznych okolicznościach w Naprawie, 3 września 1939 roku i został pośmiertnie odznaczony Krzyżem Virtuti Militari. Grobem żołnierza opiekuje się od lat miejscowa szkoła. Teraz pora, aby poległemu Bohaterowi przywrócić nazwisko i należną pamięć.

 

Autor dziękuje ks. Janowi Fryźlewiczowi za udostępnienie ksiąg parafialnych, Marcie Halama i Łukaszowi Stożkowi za wykonanie kwerendy w archiwum Instytutu Polskiego i Muzeum Gen. Sikorskiego w Londynie, panom Franciszkowi Pustelnikowi i Janowi Fladze oraz pozostałym mieszkańcom Naprawy, którzy udzielali informacji na temat wydarzeń września 1939 r., a także p. Magdalenie Wróbel i p. Zbigniewowi Brylowi z UG Jordanów za pomoc w badaniach tej historii.

 

Piotr Sadowski