Miesiąc: Październik 2014

Jeszcze raz w las…

Już miało być po sezonie – co ogłosiłem już wszem i wobec, ale kiedy dzisiaj zobaczyłem błękitne niebo nad górami i ani jednego kłaczka mgły w dolinach, to nie zdzierżyłem – porwałem aparat i koszyk – a potem poszedłem jeszcze raz w las…

Pan Bednarz uprzedził mnie, że w lasach na Bani wreszcie pokazały się opieniasy. Znęcony i zachęcony tą opowieścią postanowiłem udać się do Majerzowego Lasu i na Końskie Ugory. W lesie nie było widać śladów przymrozków, które nawiedziły naszą okolicę. Jak na razie temperatura spadła w nocy do -3,8°C, zaś temperatura powietrza w najcieplejszym momencie dnia podniosła się do +9,9°C, tym niemniej w zmrozowiskach leżał szron…

Początkowo w Majerzowym Lesie nie było niczego poza widmami mleczajów bieli, ale po dokładniejszym spenetrowaniu zarośli znalazła się spora garść kurek i pięć pogryzionych, ale zdrowych podgrzybków brunatnych. Poza nimi trafił się prawdziweczek i trzy poćce. Nie było więc źle, jak na godzinne bobrowanie po lesie.

Wracałem do domu w doskonałym humorze. Słońce grzało, niebo błękitniało nad głową… Niestety – ciśnienie atmosferyczne leci w dół i w ciągu doby spadło o 10 hPa, co nie wróży kontynuacji dobrej pogody. Mam jednak nadzieję, że na Wszystkich Świętych będzie w miarę pogodnie – potem może lać i śnieżyć…

 

Zdjęcia i filmiki – http://grzybypl.blogspot.com/2014/10/i-jeszcze-raz-w-las.html    

Robert K. Leśniakiewicz

Ostatni prawdziwek sezonu…

Niedziela wstała obrzydliwie mglista i zimna – temperatura na 2 m wynosiła jedynie +0,8°C, zaś mgła ograniczała widoczność do 50 m. Tym niemniej postanowiłem wybrać się w lasy na Ciosku i Grani, by zobaczyć, co też takiego wyrosło tam po zmianie fazy Księżyca. Nie liczyłem zbytnio na nic, poza opieniasami, które powinny się pojawić.

Poszedłem wzdłuż zniszczonego przez motocykle i quady duktu. Grzyby – owszem, były same blaszkowe i to w dużej ilości. Niestety, większość z nich nie nadawała się do zbioru, ale tworzyły ciekawe widoki, jakże cieszące oko miłośnika lasu!

Co znaleziono? Na rozkładzie mam jednego prawdziweczka, jednego pocieca, kilka podgrzybków i jednego „sitaka”. No i kilka kurek. Opieniek – na lekarstwo. Znalazłem trzy czy cztery… Ale naprawdę to liczył się spacer i przepiękne widoki – Jordanów i okolica jest piękna w ostrym, jesiennym słońcu. Nad głową samoloty i jakiś helikopter krakowskiej drogówki, w krzakach rajcują sikory czubate. Gdzieś przebiegł jeszcze jeden nie zamordowany przez dwururowych bandytów zając…

Niestety – nastrój psuje ryk silnika jakiegoś motocrossowca, któremu mało „adrenalyny” i rusza na leśne dukty – mimo, że ma aż dwa tory do takiej jazdy. To plaga i przekleństwo terenów wokół Jordanowa. Oczywiście służba leśna i policja nie robią niczego, by to ukrócić, bo i po co? Kogo to obchodzi, poza paroma miłośnikami beskidzkiej Przyrody, która i tak niedługo zginie pod piłami i toporami chciwych kmiotów, którym wiecznie mało kasy. Tylko że potem ziemia wreszcie ruszy i pokażą się gołe skały, jak na pustyni Nevada…

Ale tego już polskie ciemniactwo nie jest w stanie zrozumieć, więc na razie cieszmy się tym, co mamy póki jeszcze jest!

Zdjęcia – http://grzybypl.blogspot.com/2014/10/ostatni-prawdziwek-sezonu.html

Robert K. Leśniakiewicz

Der Riese: przeciwatomowy schron Hitlera?

Oglądamy pilnie programy Bogusława Wołoszańskiego z cykli „Sensacje XX wieku” oraz „Skarby III Rzeszy”, w których wiele miejsca poświęca on Dolnemu Śląskowi i jego tajemniczym konstrukcjom wzniesionym w Górach Sowich i okolicy. Programy te są bardzo ciekawe i uważamy, że są o niebo lepsze od produkcji BBC czy innych zachodnich telewizji.

Pisząc naszą książkę „WUNDERLAND: Pozaziemskie technologie Trzeciej Rzeszy” (Warszawa 2001, 2006) zwróciliśmy uwagę na znamienny fakt – Niemcy powtarzali w swych laboratoriach wszystkie odkrycia dokonane przez Amerykanów w ich ośrodkach atomowych. Teraz wiemy jak to się działo. To oczywiste – radziecka agentura wysyłała depesze, skrypty i całe memoriały do Moskwy, a Niemcy odczytywali to wszystko przy pomocy swego dekryptażowego komputera zwanego Ryba-miecz czyli po prostu MiecznikSchwetfisch.

Jeżeli idzie o Riese w Górach Sowich i zamek w Książu, to oczywiście mogła to być kwatera i sztab Hitlera, z którego Führer mógłby kierować dalszym ciągiem działań II Wojny Światowej, mógłby gdyby – rzecz jasna – miał kim… Na szczęście dla Europy dzięki postępom Armii Czerwonej i Wojska Polskiego od wschodu oraz armii Sprzymierzonych z zachodu, siły Wehrmachtu i Waffen-SS kurczyły się szybko i nic z tego nie wyszło. Dolny Śląsk został wyzwolony, a siły Niemców rozbite.

Jak bardzo Hitler przywiązywał wagę do obrony Dolnego Śląska świadczy fakt, że dowódcą tego zgrupowania mianował on feldmarszałka Ferdinanda Schörnera, zaś mianowany w styczniu 1945 roku Gauleiterem NSDAP Dolnego Śląska – SS-Gruppenführer Karl August Hanke został mianowany Reichsführerem SS na miejsce Heinricha Himmlera. To świadczy o wadze, jaka Hitler przywiązywał do tego terenu. Hanke wprawdzie cieszył się nominacją kilka dni, ale liczy się fakt…

Dlaczego?

Obawiamy się, że Hitler faktycznie zamierzał bronić się w Twierdzy Sudeckiej. Nie alpejskiej, ale sudeckiej właśnie. Twierdza Alpejska była mrzonką, natomiast Twierdza Sudecka – czymś bardzo realnym. Na szczęście nie zdążył. Na czym to opieramy? – a na tym, że hitlerowcy mogli mieć – a właściwie może już mieli – działające bomby/głowice nuklearne. Krążą opowieści, że pierwszą z nich zdetonowali na Rugii w 1944 roku. Niewiele wiadomo o tym teście poza tym, że wybuch był słabszy od bomb Little Boy i Fat Man. Być może była to bomba, która „zakisła”, bowiem użyty w niej uran-235 był zbyt zanieczyszczony i tylko niewielka część ładunku weszła w reakcję łańcuchową. Moc eksplozji była niska i wyniosła w najlepszym razie tylko kilka kiloton. Radioaktywny fall-out poszedł na Bałtyk i tam opadł.

Dwa inne testy miały miejsce w Turyngii – w Jonastal (50°49’25” N – 010°55’31” E) i nieodległym Ohrdruf (50°49’41” N – 010°43’58” E) w dniu 3.III.1945 roku. Legenda głosi, że zdetonowano tam dwie głowice atomowe o niewielkiej mocy, dzięki małej ilości dostatecznie czystego uranu… Tym niemniej początek został zrobiony i w przypadku uzyskania odpowiedniej ilości izotopów 235U i 233U, hitlerowcy mogliby skonstruować bomby A, które nie byłyby wielkimi, pięciotonowymi potworami, ale niewielkimi ładunkami, które mogłyby być umieszczone w głowicach rakiet A-4/V-2. Ta broń faktycznie mogłaby odwrócić losy tej wojny.

W przypadku tej broni czynnikiem rażącym byłaby nie moc wybuchu jądrowego (neutrony, promieniowanie termiczne, świetlne, gamma, fala uderzeniowa), ale przede wszystkim skażenie radioaktywnym fall-out’em (brudna bomba jądrowa) terenu na który przeprowadzono atak. I w tym kontekście wszystkie klocki łamigłówki wskakują na swoje miejsce. Kompleks Riese miał być ogromnym schronem przeciwatomowym, chroniącym przed skutkami ataku nuklearnego. To dlatego jego budowniczowie zwracali uwagę na źródła wody, która byłaby potrzebna do celów technicznych, ale także do dekontaminacji i spożycia.

W tym kontekście jest także zrozumiałe, co robiły rakiety V-2 w Głuszycy Górnej. Po prostu były potrzebne do budowy wyrzutni rakietowych pocisków rakietowo-jądrowych, które mogłyby razić cele w promieniu 300 km od Gór Sowich i obrócić zaatakowane tereny w radioaktywną pustynię, której nie przebyłyby żadne wojska bez specjalnej techniki i zabezpieczeń.

I jeszcze jeden ciekawy fakt. Mówi się, że Niemcy chcieli spalić Londyn przy pomocy rakiet V-2 i pocisków odrzutowych Fi-103/A-2/V-1. Rakiety V-2 były bronią na którą nie było żadnej obrony. Spadały na cel z przedproża kosmosu z prędkością 5 Ma i nie był w stanie przechwycić jej żaden myśliwiec, nie mogło ich zestrzelić żadne działo przeciwlotnicze. Tak było. Jednakże Niemcy spodziewali się odwetu i już w 1943 roku zaczęli projektować skrzydlate rakiety przeciwlotnicze Rheintochter i dziwny pocisk rakietowy Rheinbote. Można je zobaczyć w muzeum na poligonie rakietowym w Łebie – Rąbce. I o ile pociski Rheintochter były normalnymi rakietami klasy ziemia – powietrze, to Rheinbote był czterostopniowym pociskiem klasy ziemia – ziemia przeznaczonym do zniszczenia Londynu.

Tak przynajmniej głosi Legenda. Payload tych pocisków był niski – 40 – 70 kg TNT lub heksogenu. To niewiele. Niewiele w przypadku rażenia celów naziemnych, ale w przypadku rażenia celów w powietrzu wystarczy. Fala uderzeniowa eksplozji + rozlot odłamków głowicy wystarczy by zniszczyć samolot tłokowy czy odrzutowy.

A może nie chodziło o samoloty, tylko o… rakiety? A dokładniej o cały system obrony przeciwrakietowej, którego trzonem mogłyby być antyrakietowe przeciwpociski Rheinbote prowadzone półaktywnie radarem lub nawet samonaprowadzające się na cel. A dlaczego nie? Niemcy doskonale zdawali sobie sprawę, że tajemnica rakiet V została rozszyfrowana przez Aliantów i stąd już jeden krok do odwetowego uderzenia pociskami rakietowo-jądrowymi. Stąd właśnie te głębokie, wielopoziomowe konstrukcje ryte w górach, stąd właśnie grube, żelbetowe ściany i stropy sal i korytarzy, stąd właśnie te wszystkie tajemnicze sztolnie i szyby, w których rzekomo miały być ukryte skarby III Rzeszy.

Dlatego też obawiamy się, że żadnych skarbów tam nie ma – zostały wywiezione drogą wodną z Wrocławia i Berlina, a potem via Hamburg U-bootami przewieziono je tam, gdzie potem uciekli hitlerowscy zbrodniarze. Jeżeli gdzieś je szukać, to przede wszystkim w sejfach bankowych w krajach Ameryki Łacińskiej, USA, Kanady, Australii i Bliskiego Wschodu – słowem krajów, które udzieliły schronienia tym wszystkim zbrodniarzom, którzy uniknęli kary, bo byli bardzo potrzebni do walki z komunizmem na całym świecie. Niektórzy z nich – jak np. gen. Reinhard Gehlen działał przeciwko Polsce – nie PRL, ale Polsce i Polakom właśnie. Inny hitlerowski zbrodniarz SS-Standartenführer Walther Rauff pracował najpierw dla BND, a potem w Chile mordując stronników Salwatora Allende. Inny arcyzbrodniarz SS-Haupsturmführer dr Josef Mengele i SS-Obersturmbannführer Adolf Eichmann uciekli do Argentyny pod opiekuńcze skrzydła prezydenta Juana Perona.[1] To im i ich kolegom z Gestapo Argentyńczycy zawdzięczają to, co działo się w podziemiach ESMA w Buenos Aires…[2] Peron prawdopodobnie dał ochronę innemu zbrodniarzowi – SS-Obergruppenfürerowi Hansowi Kammlerowi. I tak dalej, i temu podobnie. Przypominamy także losy SS-Obersturmbannführera dr Wernhera von Brauna i gen. Waltera Dornbergera, którzy pracowali dla Amerykanów i nie ponieśli żadnej konsekwencji za swe zbrodnie. Poza nimi BND, CIA i inne służby NATO przygarnęły również pracowników Abwehry którzy działali w Polsce, ZSRR, Czechosłowacji i innych krajach Bloku Wschodniego.

I oto cała tajemnica dolnośląskich skarbów…

 

A co to ma do Jordanowa i Jordanowszczyzny – ktoś zapyta? A dużo, bowiem kilku mieszkańców Jordanowa pracowało w Riese i pracowało przy budowie bunkrów i umocnień w Grzechyni, które powstały – do dziś dnia nie wiadomo właściwie po co… To też jest zagadka II Wojny Światowej póki co nie rozwiązana.

 

 Robert K. Leśniakiewicz, Miloš Jesenský

 

[1] Eichmann został porwany przez izraelskie służby specjalne do Izraela, gdzie wytoczono mu proces o ludobójstwo i powieszono w 1962 roku.

[2] Escuela  Superior de  Mecanica de la Armada – dzisiaj Museo de la Memoria – znana katownia w której trzymano ok. 5000 osób, z których przeżyło tylko 150 ofiar perońskiego terroru.

Niż ex-Gonzalo nad Jordanowem

Druga dekada października była cudowna. W dniach 5-14.X pogoda rzeczywiście była złoto-polsko-jesienna. Temperatury dzienne osiągały poziom +23°C, zaś w nocy trzymały się dziesięciu kresek powyżej zera. Wiał wiatr halny, który przesuszył ściołę leśną, co walnie przyczyniło się do zakończenia tegorocznego mega-wysypu grzybów, co bardzo zmartwiło naszych grzybiarzy.

Pogoda zmieniła się 15.X, kiedy nad Jordanów napłynęły chmury ze zmiennych kierunków, zaś 17.X, około godziny 13. mieliśmy opad typowego, letniego „norymnego” deszczu. Nieco później, bo około godziny 18., nad Śląskiem Opolskim przeszła typowo letnia burza!

Dnia 19.X jeszcze raz uderzył wiatr halny, który następnego dnia przeszedł w Orawca. Temperatura dzienna spadła do +16°C i ciśnienie atmosferyczne zaczęło spadać. Najciekawsze jest to, ze na Sardynii i Costa de la Luz powiało wiatrem znad Afryki i temperatura podskoczyła tam do +30°C. telewizja pokazała plaże wypełnione plażowiczami… Tymczasem u nas Orawiec wykręcił się na wiatr z północy, zaś ciśnienie spadło do rekordowej w tym roku wartości 983 hPa, co miało miejsce w nocy 21/22.X – to przechodził nad Polską niż ex-Gonzalo, który spowodował straszliwą wichurę w Anglii. Na szczęście u nas wiały resztki tego wiatru…

Dnia 22 i 23.X pogoda była totalnie zasmarkana – temperatura dzienna spadła do +4,5°C, padał deszcz i mżawka, zaś w Tatrach spadł śnieg. Wiatr cały czas wiał z północy. Aktualnie ciśnienie idzie do góry, ale temperatura spada, więc na rano spodziewamy się przymrozka przy jednoczesnym rozpogodzeniu. Zobaczymy, jaka będzie pogoda na Wszystkich Świętych – mam nadzieję, że wyżowa pogoda się utrzyma…

 Robert K. Leśniakiewicz

Zdjęcia –  http://grzybypl.blogspot.com/2014/10/niz-ex-gonzalo-nad-jordanowem.html

III Wojna Światowa: Szwedzki syndrom

Są sprawy, które wywołują u mnie wspominki przeszłości, kiedy to pogrążonemu w Zimnej Wojnie światu groziła  realne przekształcenie jej w „gorącą” III Wojnę Światową. Tak było niezapomnianego dla mnie dnia 20.X.1981 roku, kiedy to radziecki okręt podwodny o numerze taktycznym 137 wszedł na skały u wrót szwedzkiego portu wojennego w Karlskronie. Od tej pory, Szwedów ogarnął syndrom ciągłego zagrożenia, którego ponume wspomnienie wróciło za sprawą wydarzeń sprzed kilku dni… A oto kilka głosów na ten temat: 

 

Szwedzi polują na uszkodzony rosyjski okręt podwodny

Rosyjskie wezwanie o pomoc sprowokowało Szwedów do „polowania na obcą aktywność podwodną” w sztokholmskim archipelagu – raportuje „Svenska Dagbladet” (SvD)

Szwedzki wywiad radiowy (FRA) po raz pierwszy usłyszał wołanie o pomoc w czwartek (16.X.2014 r.) wieczorem. 14 godzin później, około piątkowego południa, zauważono obcy okręt u wysp sztokholmskiego archipelagu.

Szwedzi przechwycili dalszą wymianę sygnałów radiowych już po rozpoczęciu operacji militarnej na wodach koło Sztokholmu, kiedy zakodowane wiadomości były przesyłane pomiędzy nadajnikiem gdzieś w sztokholmskim archipelagu, a rosyjską enklawą w Kaliningradzie – podała SvD. Szwedzcy wojskowi ani nie potwierdzili, ani nie zaprzeczyli tym rewelacjom.

Podwodny pojazd w niebezpieczeństwie może mieć problemy z manewrowaniem, co może wyjaśnić to, że znajdował się na powierzchni. Uszkodzony okręt podwodny może potrzebować pomocy z okrętu wsparcia – twierdzi SvD – dodając, że rosyjski tankowiec TT NS Concord został zaobserwowany jak krążył na międzynarodowych wodach w okolicach Sztokholmu.

– Wiemy o tym tankowcu i mamy oko na niego – SvD cytuje jedno ze swych źródeł.

Szwedzcy wojskowi rozmieścili w piątek (17.X) samoloty i okręty na sztokholmskim archipelagu w odpowiedzi na to, co opisano jako „obcą aktywność podwodną”. Operacja trwała całą noc i była kontynuowana w sobotę.

– Będzie to kontynuowane tak długo, jak będzie potrzeba – tak rzecznik prasowy szwedzkiego wojska Jesper Tengroth powiedział szwedzkiej agencji prasowej TT w sobotę (18.X). I dodał – Aktualnie usiłujemy zweryfikować informacje, które otrzymaliśmy wczoraj, które według naszego rozeznania pochodzą z wiarygodnych źródeł i sprawdzić, czy mają one sens czy nie.

Kiedy zapytano go, czy były jeszcze jakieś inne obserwacje w czasie nocy – Tengroth odpowiedział – Nic o tym nie wiem. I dodał, że skala tej operacji pozostała niezmieniona.

Minister obrony Peter Hultqvist powiedział, że otrzymuje regularne meldunki od sił zbrojnych, które informują go o tym, że operacja w którą zaangażowanych jest 200 żołnierzy jest „konieczna i dobrze zorganizowana”.

– Polegam całkowicie na ich zdaniu – agencja TT cytowała go w piątek.

W swoim oświadczeniu na stronie imnternetowych Szwedzkich Sił Zbrojnych oświadczają one, że „wiarygodne źródła” przekazały informację, że na tym akwenie ma miejsce operacja kontrwywiadowcza. […]

Tengroth powiedział, że nie może przekazać więcej informacji o naturze tego zagrożenia. Zapytany, jaki kraj jest za nie odpowiedzialny, Tengroth odpowiedział, że nie będzie tego komentował.

SvD donosi, że obcy obiekt zaobserwowano koło wyspy na Kanholmsfjärden – zatoczce zlokalizowanej w odległości 30 mi/50 km od centrum miasta.  Świadek, od którego obserwacji zaczęła się cała operacja – Robert Eriksson powiedział, że właśnie znajdował się w swej łodzi rybackiej nieopodal wyspy Skarpö, o ok. g. 16:00.

– Straż Przybrzeżna przyleciała nad zatokę samolotem i przez długi czas latali nad nią robiąc kółka – powiedział on agencji TT. Wkrótce pojawiła się Flota. To był duży okręt ZOP, który stanął dalej na południe od fiordu Kanholm – powiedział on.

Stefan Ring – ekspert ds. militarnej strategii w Szwedzkiej Akademii Obrony Narodowej powiedział, że ważnym  było wysłanie sygnału, że nie pozostaniemy na to obojętni.

Poza tym Ring powiedział, że jak na razie nie jest w stanie połączyć tego incydentu z Rosją i może powiedzieć coś więcej po przeprowadzeniu głębokich analiz. W ostatnie miesiące Szwedzi widzieli nad Bałtykiem manewry rosyjskich sił powietrznych – wliczając w to incydent z września br., kiedy to dwa szturmowe SU-24 weszły w szwedzką przestrzeń powietrzną, a co minister spraw zagranicznych Carl Bildt nazwał „najpoważniejszym naruszeniem naszej przestrzeni powietrznej przez Rosjan” w ciągu dekady. Szwecja złożyła formalny protest w tej sprawie.

– Jak oświadczył rząd, sprawy wyszły już  poza Morze Bałtyckie – powiedział Wikström w piątek.

Obecność rosyjskich okrętów podwodnych na wodach szwedzkich stało się wielkim problemem w czasie Zimnej Wojny. Najsłynniejszym z tych incydentów było przechwycenie okrętu o numerze taktycznym 137, który wpadł na mieliznę nieopodal tajnej trasy wyjścia szwedzkich okrętów podwodnych w Blekinge (dokładniej w Karlskronie – przyp. tłum.) na południu Szwecji w 1981 roku, co wywołało duży kryzys dyplomatyczny.

Źródła:

„Yahoo – The Local News” – http://news.yahoo.com/sweden-intensifies-search-suspected-submarine-near-stockholm-180455381.html      

„Svenska Dagbladet”, 18.X.2014 r.

———

Polowanie na rosyjski okręt podwodny

– czy ten okręt jest uszkodzony?

 

Tyler Rogoway

 

Jak na razie nie ma dokładnych danych, ale jedno jest jasne, a mianowicie – u wybrzeży szwedzkich koło Sztokholmu, gdzie aktualnie toczy się operacja kontrwywiadowcza i wielkie poszukiwania w którym udział biorą od niewielkich jednostek rzecznych do korwet klasy Visby, samoloty i 200 żołnierzy. Wszyscy interesują się tym, co jest pod wodą – być może rosyjski okręt podwodny jest w opałach.

 

Szwedzcy oficjele twierdzą, że ta operacja jest odpowiedzią na „obcą aktywność podwodną”. Tymczasem, jak się powiada, wszystko to za sprawą obserwacji obcego obiektu pływającego na wodach archipelagu u szwedzkich wybrzeży w piątek, 17.X. Mniej więcej w tym samym czasie, jak twierdzą źródła, Szwedzi przechwycili rosyjski radiowy przekaz na kanale zarezerwowanym do wzywania pomocy. Później znowu przechwycono przekaz radiowy, który rozszyfrowano. Jednakże szwedzkie ośrodki wywiadowcze doszły do wniosku, że była to odpowiedź  z drugiej strony, z rejonu Kaliningradu, z bazy rosyjskiej Floty Bałtyckiej.

 

Rosjanie mają okręty podwodne klasy Kilo o napędzie elektryczno-dieslowskim, które są zaprojektowane do działania na płyciznach Morza Bałtyckiego. […]

 

Drugą częścią tych wszystkich dziwnych wydarzeń na Morzu Bałtyckim są dziwne manewry rosyjskiego tankowca pływającego pod flagą Liberii. Tankowiec ten zaczął krążyć w tym samym czasie u wybrzeży Szwecji, nieopodal miejsca, gdzie się to wszystko działo. Potem, pod koniec weekendu dodał pary i odpłynął na wschód. Jak dotąd przypuszcza się, że ma on związek z tajną operacją rosyjskiego okrętu podwodnego w Archipelagu Sztokholmskim.

 

Miniaturowe okręty podwodne, które są mniejsze niż normalne torpedowe okręty podwodne z napędem dieslowsko-elektrycznym, mogą być podrzucane do celu ataku na wiele sposobów. Mogą być one transportowane, wypuszczane i przyjmowane na pokład przez duże statki/okręty nawodne.  Są one idealną platformą do krótkodystansowych misji szpiegowskich takich jak wysadzanie/przejmowanie GDR[1] lub zakładanie instalacji podsłuchowych na ważnych akwenach. Rosja jest szczególnie zainteresowana takim rodzajem działań zwiadowczych i zaplanowała oraz wyprodukowała wiele takich urządzeń w ostatnich latach.

 

To wszystko dzieje się w czasie, kiedy sytuacja w basenie Morza Bałtyckiego stała się napięta w ciągu kilku ostatnich miesięcy. Rosyjskie myśliwce i myśliwce szturmowe były przechwytywane przez samoloty NATO, w czasie naruszania przez nie granic krajów paktu. Właśnie parę tygodni temu należący do FRA samolot Gulfstream patrolował międzynarodową przestrzeń powietrzną, kiedy rosyjski SU-27 zbliżył się doń na odległość rzutu beretem, co zaowocowało serią zdjęć i przerażeniem załogi.

 

Szwedzki minister obrony – Peter Hultqvist – opisał szybko eskalującą się sytuację pomiędzy Rosją a jej sąsiadami w ostatnim wywiadzie dla „The Guardian”:

To, co się dzieje na Morzu Bałtyckim, włączając naruszenia przestrzeni powietrznej, pokazuje jak szybko zmienia się sytuacja. Rosja poczyniła nienormalne wydatki na zbrojenia… co teraz podwyższa napięcie, oni teraz ćwiczą więcej i coraz bardziej naruszają nasze poczucie bezpieczeństwa.

 

Rosyjski okręt podwodny wpłynął niesłyszalnie na nasze wody terytorialne – chodzi o słynny incydent „Whisky on the Rocks”[2] z 1981 roku, kiedy to radziecki geriatryczny torpedowy okręt podwodny klasy Whiskey pływał w szwedzkich wodach. Był to międzynarodowy incydent, który przypomniał Kubański Kryzys Rakietowy, chociaż nie był on tak groźny i nie w takiej skali.

 

Rosyjska Bałtycka Flota dysponuje bardzo użytecznymi okrętami podwodnymi klasy Kilo o napędzie dieslowsko-elektrycznym, które są bardzo dobre w warunkach płytkich mórz, a także jednym nowoczesnym okrętem klasy Lada. Jest jedynym okrętem tego typu i najbardziej nowoczesnym dieslowskim okrętem podwodnym w całej flocie rosyjskiej Sankt Petersburg posiada system AIP – napędu niezależnego od powietrza atmosferycznego, co pozwala mu pozostawać pod woda o wiele dłużej, niż tradycyjnemu okrętowi podwodnemu z napędem dieslowsko-elektrycznym, i co więcej jest on uważany za najcichszy okręt w całej rosyjskiej flocie. Okręt ten został całkowicie wyposażony i włączony do floty w tym roku.

 

Ta sytuacja będzie bardzo interesująco się rozgrywała. Rozważając, jak będzie wyglądała sytuacja w Rosji, i jak będzie na nią reagował prezydent Putin, jeżeli ten okręt podwodny zostanie przechwycony na szwedzkich wodach terytorialnych, co może pogłębić szczelinę narastająca pomiędzy Europą a Rosją.

 

Będziemy śledzić rozwój tej sytuacji.

 

Źródła:

FoxtrotAlpha – http://foxtrotalpha.jalopnik.com/is-sweden-hunting-for-a-russian-submarine-in-distress-n-1648156735/1648171415/+Kyosuke

„Svenska Dagbladet” z dn. 20.X.2014 r.

[1] GDR – Grupa Dywersyjno Rozpoznawcza.

[2] Gra słów z whisky and rocks – whisky z lodem.  W tym przypadku chodzi o okręt podwodny klasy Whisky, który wpłynął na skały koło portu w Karlskronie, w dniu 20.X.1981 roku.

————–

Znowu polowanie na okręt podwodny

 

Clas Svahn

 

Pomiędzy rokiem 1981 a 1994 dokonano 4700 obserwacji prawdopodobnych okrętów podwodnych w szwedzkich wodach terytorialnych i wewnętrznych. Kilka z nich zostało później uznane za prawdziwe okręty podwodne. Jeden z nich osiadł na mieliźnie i stał się najoczywistszym przykładem. Liczby, które mogą być przydatne dla przypomnienia tej histerii, kiedy znów powróciła sprawa polowania na okręt podwodny.

Jest pewnym, że zagraniczny okręt podwodny znajduje się na wodach Archipelagu Sztokholmskiego. Takiej możliwości nie można wykluczyć. I należy upewnić się, że rosyjski statek TT NS Concord który nieco bezcelowo krąży u naszych brzegów, nie ma coś wspólnego z działaniami, które maja miejsce u wschodnich brzegów Szwecji.

Ale to jest chyba przydatne, że mamy z tym duży problem, jeżeli nie zawodzi mnie intuicja.

Latem 1983 roku obserwowałem polowanie na okręt podwodny w archipelagu Töre[1].[2] Doniesienia przybywały codziennie. Ludzie obserwowali toń wodna przez peryskop znajdujący się w miejscu, gdzie woda była płytka tylko na parę metrów. Lokalne radio opisywało jak okręt podwodny został ostrzelany w jednym miejscu tak, jakby na tym akwenie odbyła się cała wojna. Kiedy tam przyjechałem, był tam martwy spokój, ani strzałów, ani helikopterów, i nikt nic nie słyszał ani widział.

Pokazano mi rybaka, który złamał śrubę swej łodzi, a która nie mogła być uszkodzona przez pływający pień drzewa. Poza tym sieci, które założono specjalnie przeciwko podwodniakom zostały przecięte – czego nigdy nie potwierdzono. W końcu dostaliśmy informację, że Obrona Wybrzeża dobrowolnie wypuściła okręt podwodny (rosyjski oczywiście) z krwiożerczą załogą – od poważnej gazety lokalnej.

Dziennikarze z dumą podpisywali specjalne karty członkowskie w SJUNK[3] – „stowarzyszeniu” utworzone przez „Aftonbladet” i „Expressen”[4], którego członkowie często uczestniczyli w polowaniach na okręty podwodne…

Badam fenomen UFO od 40 lat, zjawisko to nie jest podobne do naszych kochanych okrętów podwodnych. Co najmniej 20.000 na temat NOL-i znajduje się w archiwum UFO-Sverige[5]. Z naszego doświadczenia wynika, że zaledwie kilka procent, może więcej, jest tak interesujące iż uważamy, że mamy do czynienia z obiektami fizycznymi. Nie możemy powiedzieć, że wiemy skąd one pochodzą.

Jak dowiedziałem się dzisiaj od moich informatorów w wojsku, którzy są teraz przytłoczeni przez media żądne sensacji, że co godzinę napływa do nich 5-10 telefonów lub emaili ze zgłoszeniami obserwacji obiektów przypominających okręt podwodny. Prawdopodobieństwo, że są to rzeczywiste obserwacje tego rodzaju obiektów jest nikłe.

Właśnie poproszono mnie o to, bym sprawdził zdjęcie zrobione na Djuröbron w sobotę. Na zdjęciu tym ponoć widoczny jest okręt podwodny. Ale po telefonicznej rozmowie okazało się, że nie jest to żaden okręt podwodny, tylko łódź, którą można wynająć na wycieczki po okolicy.

Później, wieczorem, otrzymałem jeszcze jedno zdjęcie, na którym znajdował się rzekomy troll grzejący się do słońca. Ten „tajemniczy człowiek” sfotografowany w okolicach Sandön okazał się być miejscowym rybakiem. Możemy sobie przypomnieć, co wydarzyło się w 1987 roku, kiedy to helikopter i uzbrojona po zęby policja ścigała myśliwego w przekonaniu, że był to jakiś szpieg z okrętu podwodnego.

Właśnie zastanawiam się, czemu nikt nie podszedł do tego mężczyzny i po prostu nie przepytał go na tą okoliczność, a posłał jego zdjęcie do publicznych spekulacji.

Ale właśnie w ten sposób ci ludzie pracują, i nic na to nie poradzę. Pamiętam mój raport złożony do UFO-Sverige wiele lat temu. Raport mówi o dwóch osobach, które były w lesie, w pobliżu jeziora, i naraz zobaczyły jasne światło w lesie, w pewnej odległości od brzegu, które się poruszało.

Kiedy para podeszła trochę bliżej, to zobaczyła na biało odzianą istotę, która poruszała się w jasnym świetle jakby tańczyła. Istota miała coś w rodzaju maski na twarzy i broń w każdej ręce. Para świadków nie odważyła się podejść bliżej i odeszła pośpiesznie. Na tym na razie zakończyła się ta obserwacja dla UFO-Sverige.

W wiele lat później znalazło się rozwiązanie tego incydentu, kiedy przypadkowo skontaktowałem się z pewnym uczonym z Uniwersytetu Uppsala. Konkretnie z entomologiem. Mężczyzna ten opowiadał mi, jak to zbiera ćmy w lesie. Umieszcza on białą płachtę na ziemi, a następnie zapala jasna lampę, a sam ubrany w biały strój próbuje łapać ćmy za pomocą siatki na motyle. I to było właśnie to, co widziała ta para!

Gdyby nie powrócili i nie obawiali się, że to Obcy, ta sprawa nigdy nie wyszłaby na światło dzienne.

Teraz czekamy na werdykt odnośnie zdjęcia zrobionego na zachód od Ornö, a którego lokalizacji wojsko nie podaje dokładnie[6]. No i jak zabezpieczyć źródła, które mówią o mechanizmach pozostawionych przez tajemniczy okręt podwodny.

Bez względu jaki będzie wynik tych działań, o których dowiemy się my – dziennikarze – cały czas tańczymy tak, jak nam zagrają. Nie ma powodu, by pamiętać liczny, które przytoczyłem na początku artykułu. W przeciwnym przypadku, okręty podwodne padną ofiarą własnej wiarygodności. Jeżeli jest jakakolwiek sprawa okrętów podwodnych…

 

Moje 3 grosze

 

Na tym właściwie sprawę tajemniczego U-boota na Bałtyku u szwedzkich wybrzeży można by zakończyć. Opinia ludzi tego formatu i o takim doświadczeniu, jakim jest Clas Svahn, który zęby zjadł na badaniach dziwnych incydentów, jest w tym przypadku zamykająca sprawę. Jak trzy razy „pas” w brydżowej licytacji.

Z jego opinii jasno wynika, że cała sprawa jest propagandową głupawką puszczoną akurat wtedy, kiedy mamy do czynienia z napiętą sytuacją polityczną w Europie. Szwedzi już raz doznali podobnej histerii po dniu 20.X.1981 roku, kiedy faktycznie radziecki Whiskey został przechwycony w Karlskronie. Potem przez wiele, wiele lat policja, SÄPO[7] i marynarka wojenna miała pełne ręce roboty, bo rozhisteryzowani Szwedzi – a którą to histerię cały czas podsycały i pielęgnowały media, szczególnie kolorowe tabloidy czy nawet pornoszmatławce – sic! – widzieli okręty podwodne w każdej foce czy płynącym kormoranie… Dobrze to pamiętam, bowiem Wydział Zwiadu WOP w Pomorskiej Brygadzie WOP monitorował to, co się tam wyrabiało w te lata i ze zdumieniem czytaliśmy w szwedzkiej, duńskiej i norweskiej prasie o coraz to nowych incydentach z radzieckimi okrętami podwodnymi, „midgetami” czy nawet podwodnymi traktorami vel czołgami, które jeździły po dnie Bałtyku zostawiając ślady swych gąsienic!

Podobnie jak Clas Svahn nie podzielam histerii medialnej wokół wydarzeń w wodach Archipelagu Sztokholmskiego i jestem podobnego zdania, że jest to odgrzanie starego i ogranego tematu w sprzyjającej chwili tylko po to, by znów nabić kasę mediom.

Źródło – „Dagens Nyheter”  z dn. 21.X.2014 r.

Przekład z j. szwedzkiego i angielskiego – Robert K. Leśniakiewicz ©

 

[1] Archipelag wysp leżących u wybrzeży Norrbotten.

[2] Autor jest dziennikarzem pracującym dla gazety „Dagens Nyheter”.

[3] W j. szwedzkim dosł.: ZATOPIONY.

[4] Obie te gazety są popularnymi tabloidami przekazującymi przede wszystkim mniej czy bardziej sprawdzone sensacje.

[5] Jest to największa organizacja ufologiczna w Szwecji o światowej renomie.

[6] To jest zrozumiałe, jako że w pobliskim porcie Muskö znajduje się baza okrętów rozpoznania radioelektronicznego FRA, która była niejednokrotnie celem rozpracowania przez radziecki wywiad.

[7] Szwedzka tajna policja polityczna pełniąca funkcję kontrwywiadu cywilnego.

Zdewastowany  Przykiec

Korzystając z pięknej pogody wybrałem się na Przykiec. Jeszcze gdy pisaliśmy monografie była to ostoja przyrody. To co zastałem tam na początku października woła o pomstę do nieba. Nigdy w 50 –letniej tradycji moich spotkań z Przykcem czegoś podobnego nie zastałem. Dewastacyjna, chaotyczna wycinka na odcinku Łysa Góra – Przykiec sprawia koszmarne wrażenie. Odzyskuje się tylko grubiznę, a wierzchołki rzuca byle gdzie na monstrualne splątane sterty, które uniemożliwiają przejście. Do tego bardzo  ciężki sprzęt rozjeździł całkowicie drogi tak, że kaskady wyciśniętego nawodnionego iłu kipią z dróg i spływają po stokach. Można się zapaść po pas. Ciężki sprzęt nie mieszcząc się na wąskich drożynach obciera rosnące obok drzewa, kalecząc je i doprowadzając w rezultacie do uschnięcia. Gdzie te czasy gdzie obowiązywał plan wycinki i robót porządkowych, dziś nikt tego nie przestrzega. Gdy dodamy że podobne obrazy spotykamy w Gorcach, na Luboniu i w Paśmie Babiogórskim odnosi się wrażenie jakby to jakiś okrutny okupant lub kolonizator dokonywał dewastacji w obcym kraju. Niestety to co zastałem nie dzieje się w częściach lasów prywatnych, lecz w sektorach lasu państwowego, gdzie do nie dawna jeszcze wycinki prowadzono w sposób cywilizowany. Ale i to się skończyło. Nie liczymy się w ogóle z przyrodą , na słowo „ochrona przyrody”  leśnicy i władze samorządowe reagują alergicznie. Podobne wycinki okupant niemiecki przeprowadzał na Przykcu w 1944 roku, później zeszło monstrualne osuwisko. Ale i tak wtedy dewastacja była mniejsza gdyż nie posiadano aż tak ciężkiego i wyspecjalizowanego sprzętu  w związku z tym tempo wycinki było mniejsze. Wycina się na oślep bez żadnego planu i myśli tylko pozysk i korzyść. Po toporami padają ponad stuletnie buki i inny starodrzew. Jeszcze do niedawna pięć razy się zastanawiano, które drzewo wyciąć teraz powrócono do zrębów zupełnych. Przypomina to odlesianie które było przeprowadzane w końcu XIX wieku gdy potrzebowano drzewa do prymitywnych hamerni.

W miejscach gdzie nie ma wycinki nie jest lepiej, naszą górę upodobali sobie qadowcy, którzy swoimi pojazdami również tworzą w drogach  błotniste leje o głębokości do 3 m, do tego straszliwy hałas, który wytwarzają powoduje że góra Przykiec traci walory przyrodnicze i rekreacyjne. Do tego gdy  jeszcze dodamy stado baranów około 400 sztuk wypasane w lesie, tak w lesie gdzie barany wyjadają cenne samosiejki tratując również drogi, obraz będzie rozpaczliwy. Tak mnie to przygnębiło że na następny spacer udałem się na Hyćkową Górę za Skawą  tam jest jeszcze  przyjemnie i normalnie. Jak długo?

Stanisław Bednarz

Podróż uczona do Jaskini Oblica

O istnieniu Jaskini Oblica dowiedziałem się dzięki Panu Stanisławowi Bednarzowi, który pewnego listopadowego dnia podrzucił mi jeden z zeszytów „Chrońmy Przyrodę Ojczystą” vol. 68, nr 4/2012, w której w artykule pt. „Proponowane do objęcia ochroną obiekty przyrody nieożywionej Pasma Policy w Beskidzie Żywieckim” Pawła Franczaka, na stronie 304-305, czytamy co następuje:

Jaskinia Oblica

Kolejnym obiektem proponowanym do objęcia ochroną prawną jest Jaskinia Oblica będąca największą jaskinią Beskidu Żywieckiego, o długości 436 m i deniwelacji 21,1 m. Występuje ona na północno-zachodnim stoku Śmietarniaka w Skawicy. Obiekt posiadający genezę osuwiskową powstał w piaskowcu magurskim facji mikowej. Główne partie jaskini wykształciły się wzdłuż jednej szczeliny, tworząc wysoki korytarz, który został poprzedzielany na kilka kondygnacji (pięter) dużymi pakietami skalnymi. Dolne partie jaskini powstałe na tej samej szczelinie, są jednak przemieszczone w stosunku do głównych partii w kierunku NE-E. Istotnymi cechami Jaskini Oblica predysponującymi ją do ochrony jako pomnik Przyrody są również kolonie nietoperzy zimujące w jej wnętrzu oraz formy naciekowe, które wykształciły się w jej obrębie.

 

Wikipedia:

Jaskinia Oblica… Jaskinia znana była miejscowej ludności co najmniej od czasów II wojny światowej, kiedy to mieli się w niej ukrywać partyzanci. Przez kilkadziesiąt następnych lat jej wstępne partie były sporadycznie odwiedzane przez młodzież z okolicznych wsi, jednak jaskinia nie była znana ani ewidencjonowana w jakichkolwiek organizacjach speleologicznych. Dopiero w 2004 r. jeden z mieszkańców Skawicy poinformował o jej istnieniu członków Speleoklubu Beskidzkiego. Poczynając od lutego 2005 r. członkowie tego klubu w kilku akcjach eksploracyjnych zbadali wszystkie dostępne partie jaskini, przeprowadzili jej kartowanie, a następnie badania jej geomorfologii, mikroklimatu, flory i fauny.

Jaskinia dotychczas (2010 r.) nie jest ustawowo chroniona. W 2007 roku została zdewastowana przez uczniów okolicznego gimnazjum, którzy pomalowali jaskinię farbami, oraz urwali jedyny odnaleziony stalaktyt o długości ok. 5 cm. Po zostawionych rysunkach i napisach, znaleziono sprawców i ich ukarano, a malunki usunięto.

 

Strona internetowa OW-S Halny:

Jaskinia Oblica – to największa jaskinia pseudokrasowa występująca w Paśmie Policy, położona w okolicy polan pod szczytem Śmietarnika. Grota jest typem jaskini osuwiskowej o długość 436 m. Składa się z wielu korytarzy, często bardzo wąskich, ale o wysokich szczelinach i komorach zawaliskowych, sięgających nawet do 3 m. Występują tam stanowiska chronionych gatunków nietoperzy tj. nocek orzęsiony, duży, wąsatek oraz gacek brunatny. Najlepiej dotrzeć tam jest od strony Skawicy Oblicy.

 

Jaskinia ta nosi oznaczenie K.Bż-05.09. I ostatnia informacja z folderku „Powiat suski – Podbabiogórze: Przyroda”:

Warto dodać, że w powiecie suskim, na terenie wsi Skawica, znajduje się najwieksza z przebadanych dotąd jaskiń Beskidu Żywieckiego – jaskinia Oblica – położona pod wzniesieniem Śmietarniak (768 m n.p.m.). Składa się ona z szeregu wąskich korytarzy o łącznej długości 436 m. Jaskinia nie jest udostępniona do zwiedzania. 

 

Jedna jaskinia i od razu cztery bezcenne informacje dla stronników istnienia tzw. Księżycowej Jaskini w Beskidach, a mianowicie:

  • primo: okazuje się, że w Beskidach, w formacjach piaskowcowych mogą istnieć jaskinie;
  • secundo: o długości niemal pół kilometra i podzielone na kilka segmentów i pięter;
  • tertio – w jaskiniach takich mogą istnieć formy naciekowe – jak to czytamy w opisie dr Antonina Horaka, który ją odkrył dla świata.
  • I quarto – w czasie II Wojny Światowej mogli się tam ukrywać partyzanci!

 

Zbrojni w tą wiedzę udaliśmy się tam w dniu 12.X.2014 roku. Wyruszyliśmy z domu o godzinie 09:30, przy małym zachmurzeniu i temperaturze +15,2°C i stałym ciśnieniu 1003 hPa. Około godziny 10:00 byliśmy w Skawicy. Ruch na drodze był średni, więc te 17 km pokonaliśmy w ciągu kwadransa, zbytnio się nie spiesząc.

W Skawicy panowało zachmurzenie całkowite i mgła, która powoli przesuwała się w stronę Pasma Babiogórskiego.

Z centrum Skawicy skręciliśmy na południe – w kierunku przysiółka Oblica, gdzie zamierzaliśmy przyjrzeć się drodze w kierunku Jaskini. Cel osiągnęliśmy o godzinie 10:16. Niestety, mgła wisi nad górami i nie pozwala na wykonanie porządnych zdjęć. Z przykrością robimy kilka fotek okolicy i stoku Śmietarniaka w punkcie o współrzędnych  49°39’47” N – 019°37’45” E, poczym puszczamy się w dalszą drogę. Zamierzamy przejechać ze Skawicy do Suchej Góry a następnie do Juszczyna Polany i do Juszczyna, by wyjechać znowu na DK 28.

O godzinie 10:26 orientujemy się, że skręciliśmy w niewłaściwą odnogę drogi i pojechaliśmy w kierunku przysiółka Tokarne. Dojechaliśmy do punktu opisanego współrzędnymi: 49°38’38” N – 019°36’48” E, skąd zawracamy na Solnisko.

O godzinie 10:45 wjeżdżamy do Suchej Góry. Niebo się wreszcie przeciera, mgły dryfują na Naroże (1076 m). Robimy serię zdjęć w kierunku północnym. Góry płoną czerwienią i żółcią.

O godzinie 10:50 dojeżdżamy do Juszczyna Polany. Niebo jest niemalże czyste od północy. Na południu i zachodzie mgły kotłują się nad górami. Fotografujemy cudowne krajobrazy beskidzkie, góry w czerwieni i złocie liści buków i klonów.  Niestety – grzybiarzy w huk, grzybów ni słychu ni duchu…

Godzina 11:00 – zatrzymujemy się na moment w punkcie opisanym współrzędnymi 49°40’11” N – 019°41’55” E. Niebo jest już czyste, temperatura podskakuje do +20°C. Jest bardzo przyjemnie i aż wierzyć się nie chce, że mamy drugą dekadę października. Obłoki wiszą tylko nad górami.

 

Szkoda, że pogoda nie dopisała i że wejście do jaskini jest okratowane – co jest winą jakichś pogiętych umysłowo ½-mózgów, którzy zniszczyli szatę naciekową w jej wnętrzu. Ale to, co widzieliśmy – wynagrodziło nam choć po części zawód. Ta kraina jest rzeczywiście zaczarowana – stanowi ona dość głęboką dolinę pomiędzy głównym łańcuchem szczytów Pasma Babiogórskiego, a doliną Skawicy i Białki. Warto jest się tam przejechać na niedzielny wypad no i oczywiście na grzyby, bo lasy tam są przepiękne! A co do jaskini, to może fortuna szczęsna da nam jeszcze jedno podejście…

Zdjęcia – http://wszechocean.blogspot.com/2014/10/podroz-uczona-do-jaskini-oblica.html

Robert K. Leśniakiewicz