Miesiąc: Sierpień 2014

Pożegnanie lata…

No i lato klimatyczne się skończyło. Wprawdzie dzień był dość pogodny, z temperaturą +22,6°C, przy ciśnieniu 1006 hPa i słabym wietrze halnym, ale w powietrzu czuje się chłodny oddech nadciągającej jesieni. Mieliśmy jechać do Bałtowa do Dinoparku, ale zrezygnowaliśmy z dwóch powodów: pogody, która była niepewna i ruchu drogowego na koniec wakacji… Postanowiliśmy tedy pójść w las.

 

A w lesie na Majerzówce i na Końskich Ugorach mimo penetrujących je grzybiarzy grzybów było w brud. Dokładnie tak. Początkowo nam nie szło – napotykaliśmy tylko na „badziewiaki” (niektóre prześliczne wprost, jak np. zasłonaki fioletowe wyglądające jak ametysty na brunatnym igliwiu!!!), których nie zbieraliśmy, ale jak mówi stare polskie przysłowie – im głębiej w las, tym więcej grzybów – i tak właśnie było. Przede wszystkim koźlarze czerwone i babki. Potem podgrzybki, kanie, czubajeczki (ich nie zbieraliśmy na wszelki wypadek) i kurki. Ania raz po raz pakowała dorodne grzyby do naszej „anuszki”.

 

Na Końskich Ugorach poszliśmy wzdłuż duktu, przy którym rosną dęby i sosny. I po chwili Ania zaczęła wyciągać z trawy dorodne prawdziweczki. W końcu wyszliśmy na krajową 28-kę mając co najmniej 7-8 kg grzybów!

 

No i kolejne wakacje mamy z głowy. Musimy przyznać, że takich wielkich grzybów dawno tutaj nie mieliśmy – przede wszystkim ze względu na dość dużą ilość opadów – jakieś 80 mm/miesiąc i ciekawą termikę, która w II połowie miesiąca przypominała jesień. Ciekawy jestem, czy grzybami będzie sypało we wrześniu i październiku, czy na tym się skończy? Pożyjemy, zobaczymy.

 

Fotki – http://grzybypl.blogspot.com/2014/08/pozegnanie-lata.html

Robert K. Leśniakiewicz

Reklamy

„Do lasu z kosą…”

…tak powiedział mój ojciec, kiedy pokazałem mu serię zdjęć z dzisiejszego grzybobrania. Po dwóch deszczowych i chłodnych dniach nad Jordanowem i miejscowymi lasami wreszcie rozbłysło słońce i można było pójść na grzybasy.

 

Pogoda przez te dni była paskudna – temperatura nocna w granicach +10°C, w dzień niewiele więcej. Deszcz i mżawka dała w sumie 8,84 l/m²/48 h – całkiem niezły wynik. Oczywiście nie dla letników i innych wakacjuszy, którzy przebywają u nas. Poza tym ciśnienie wreszcie poszło w górę – z 996 do 1006 hPa. Niestety, wciąż wieją wiatry z N i N-NW niosąc zimne powietrze znad Skandynawii.

 

Wracając do grzybów – rzeczywiście – w lasach Majerzówki i Końskich Ugorów rośnie ich tyle, że miejscami można je kosić kosą. Oczywiście, jak ktoś lubi bedłki i inne badziewiaki. Ale poza nimi też trafiają się piękne borowiki: szlachetne i ceglasie, podgrzybki, koźlarze i czekoladowe maślaki. Nieco mniej jest kurek, za to ogromna ilość gołąbków brudnożółtych. Nie widzę gołąbków brunatnych i winnych, których o tej porze zawsze było dużo w tych lasach. Poza nimi znalazłem także bokówki – białe grzyby nadrzewne, które ostatnio spowodowały kilka śmiertelnych zatruć w Japonii – dlaczego? – tego nadal nie bardzo wiadomo. Niestety przed wyjściem stwierdziłem, że padły mi akumulatory w obu aparatach, więc zdjęcia robiłem kamerą – dlatego są niezbyt udane…

 

Dziwi niewielka ilość goryczaków żółciowych – w poprzednich latach spotykało się całe ławice tych proteańskich grzybów. Poza tym napotkałem tylko na jeden okaz grzybca purpurowozarodnikowego i siedzunia sosnowego/szmaciaka gałęzistego – przypominam, że oba te gatunki są pod ochroną!!! Może jeszcze urosną – wszak jesienny sezon dopiero się zaczyna!

Zdjęcia – http://grzybypl.blogspot.com/2014/08/do-lasu-z-kosa.html

Robert K. Leśniakiewicz

Żółciak siarkowy i tęgoskóry

Mamy już trzecią dekadę sierpnia, coraz bardziej jesiennie w polu i lesie, coraz więcej pochmurnych dni i niemal codziennie deszcz. Jak na razie, to w Beskidach mamy grzybowy raj – ludzie wynoszą z lasu całe kosze prawdziwków i ciągle wyrastają nowe – trwa potężny letni wysyp borowikowatych. Niedawno znalazłem koźlarza rosnącego pod brzozą koło naszego Magistratu na jordanowskim Rynku!

Ale to jeszcze nic w porównaniu z wielkim owocnikiem żółciaka siarkowego – Laetiporus (Polyphorus) sulphureus, który wyrósł na jednym z drzew na ul. Mickiewicza – ten okaz na oko ma masę jakieś 1,5 kg i wyrósł na wysokości 2,5 m nad ziemią, więc nie jest dostępny dla przeciętnego człowieka, dlatego się ostał.

Sprawa jest o tyle ciekawa, że coś takiego pod koniec sierpnia w naszym regionie widzę po raz pierwszy! Wedle posiadanej przeze mnie literatury, siarkowce wyst1)ępują od maja do… – i tu pada kilka propozycji, a mianowicie: lipca (M. Flück – „Atlas grzybów”, Delta W-Z, Warszawa), sierpnia („Atlas grzybów”, SBM, Warszawa 2013), czy nawet listopada (A. Gminder – „Atlas grzybów”, Weltbild.pl, Warszawa 2011). Siarkowce rosną u nas zazwyczaj w maju i w ogóle na wiosnę, a pod koniec sierpnia jeszcze nigdy nie udało mi się go napotkać! A zatem kolejna osobliwość…

Poza okazałym siarkowcem pojawiły się – w mieście! – tęgoskóry i różne „tańcówki”, co tylko stanowi dowód na to, że kiedyś na miejscu Jordanowa rosła dziewicza Puszcza Karpacka, której nędzne resztki możemy jeszcze podziwiać na stokach gór wokół naszego miasta…   

 

Fotki – http://grzybypl.blogspot.com/2014/08/zociak-siarkowy-i-tegoskory.html

Robert K. Leśniakiewicz

Alarm dla Polski!!!

Drugie czytanie (i prawdopodobnie głosowanie!) projektu zmian do ustawy o GMO już na najbliższym posiedzeniu Sejmu 27-29 sierpnia 2014.

Obecna nowelizacja ustawy o GMO to szczyt hipokryzji rządzącej oligarchii PO-PSL, która pod pozorem dostosowania prawa do wymogów Unii Europejskiej realizuje program niszczenia polskiego rolnictwa i zdrowia Polaków przez ponadnarodowe korporacje biotechnologiczne.

PODPISZ PETYCJĘ „NIE DLA GMO, TAK DLA DOBREJ ŻYWNOŚCI”:
http://www.petycjeonline.com/nie_dla_gmo_tak_dla_dobrej_ywnoci

WYŚLIJ LIST DO POSŁÓW np. o treści „Żądam wprowadzenia DZIESIĘCIOLETNIEGO MORATORIUM na wszelkie genetycznie zmodyfikowane uprawy w otwartym środowisku w Polsce oraz na import i sprzedaż żywności i pasz z GMO. Żądam odrzucenia nowelizacji ustawy o organizmach genetycznie zmodyfikowanych. ” .

Adresy posłów:
– z przecinkami http://icppc.pl/antygmo/pliki/poslowie-przecinek.txt
– ze średnikami http://icppc.pl/antygmo/pliki/poslowie-srednik.txt

==========================
Międzynarodowa Koalicja dla Ochrony Polskiej Wsi – ICPPC
34-146 Stryszów 156, tel./fax +48 33 8797114 biuro@icppc.pl
www.icppc.pl www.gmo.icppc.pl www.eko-cel.pl

Był wśród nas –

MiOrłowski

– wspomnienie Pułkownika Mieczysława Orłowskiego

 

Dnia 11 sierpnia 2014 roku, po krótkiej chorobie w wieku 88 lat zmarł Pułkownik w stanie spoczynku Mieczysław Orłowski.

Był znanym, zasłużonym mieszkańcem naszego miasta. Urodził się w 1926 roku w Krakowie i tam upłynęło Mu dzieciństwo, młodość i późniejsze lata. W czasie wojny i okupacji niemieckiej pracował w byłej fabryce Zieleniewskiego.

Po zakończeniu wojny wstąpił do Wojska Polskiego i brał udział w operacjach wojskowych na terenie Bieszczad. Po ustabilizowaniu się sytuacji na ziemi rzeszowskiej ukończył szkołę oficerską i został żołnierzem zawodowym.

Służył jako oficer w różnych jednostkach i w różnych miejscowościach, a najdłużej w Krakowie, gdzie był kierownikiem Zakładów Naprawczych Sprzętu Artyleryjskiego. Po 32 latach służby w Wojsku Polskim przeszedł na emeryturę i na początku lat 80-tych zamieszkał w Jordanowie. Jako emeryt zatrudniony został w Urzędzie Miasta i w Urzędzie Gminy w resorcie Obrony Cywilnej. Był też przez wiele lat prezesem Koła Kombatantów.

Dbał o warunki bytowe weteranów wojskowych, pomagał też innym ludziom z Jordanowa i okolicy.

Był człowiekiem pracowitym, sumiennym, uczynnym, obowiązkowym i życzliwym dla ludzi. Cechowała Go ujmująca skromność. Kochał zwierzęta.

Za swoją długoletnią służbę wojskową i pracę społeczną został odznaczony:

  • Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski
  • Srebrnym i Złotym Krzyżem Zasługi
  • Brązowym, Srebrnym i Złotym Medalem Siły Zbrojne w Służbie Ojczyzny Srebrnym i Złotym Za Zasługi dla Obronności Kraju
  • Brązowym Medalem Za Zasługi Dla Obrony Cywilnej
  • Krzyżem Armii Krajowej
  • Brązowym Medalem Za Zasługi Dla Ligii Obrony Kraju
  • Odznaką Regionalną Zasłużony Dla Ziemi Jordanowskiej…
  • …i wieloma innymi odznaczeniami i dyplomami uznania.

Odejście dobrego Człowieka napełnia żalem serca tych, którzy Go znali.

W ostatniej drodze towarzyszyli Mu przedstawiciele władz Miasta i Gminy, Rodzina, przyjaciele i znajomi

Pochowany został w grobowcu rodziny Totosiów.

Cześć Jego pamięci!

Redakcja

Sierpniowe borowiki

– Cie choroba… – mógłbym zacząć tak, jak niezapomniany sołtys Kierdziołek z Chlapkowic – borowikami latoś okrutnie obrodziło! I faktycznie. Moi znajomi przynosili z jordanowskich lasów całe kosze borowików i borowikowatych – poszedłem w las i ja.

Niby to jeszcze lato, bo mamy 22 sierpnia, ale ranek był zimny – zaledwie +5,4°C! – a to oznacza, że na wysokości 1400 m n.p.m. powinien być już przymrozek. Oczywiście zakładając, że nie ma żadnych inwersji temperatur czy innych zjawisk zaburzających termikę atmosfery. Wczoraj za to mieliśmy opady – 13,75 l/m² deszczu. Wczoraj też spadł w Tatrach pierwszy śnieg – wprawdzie wysoko, ale…

Ale – jakby to powiedział śp. Andrzej Zalewski – cieszmy się, bo mamy jeszcze wielkie słońce i wielkie grzyby! I grzyby faktycznie wielkie i w wielkich ilościach. Nie spiesząc się specjalnie poszedłem na Cioska – za tory, Na Podlaski. I jak zwykle zacząłem wyrabiać wysokość idąc ścieżkami po zakosach. Rozglądałem się we wszystkie strony, no bo i było za czym: gołąbki, kurki, podgrzybki, kozaki, babki, muchomorki, poćce no i oczywiście – prawuski! W krótkim – jakieś 30 minut – czasie miałem pełny koszyk!

Przy okazji zauważyłem coś ciekawego: grzyby rosnące na grzybach. Nie wiem, czy to jakiś rodzaj symbiozy czy po prostu pasożytnictwo – w każdym razie na starych, sczerniałych owocnikach rosły nowe albo… – no właśnie, nie wiem co to jest, może ktoś mi powie???*

Warto było wskoczyć na te dwie godziny do lasu, bo wysyp jest rzeczywiście potężny. No przede wszystkim jest to zasługa pogody – ciepło i duża ilość opadów zrobiły swoje, grzybnia zaczyna produkować owocniki w dużej ilości. Poza tym Księżyc zbliża się do nowiu. Pan Nosidlak twierdzi, że szczególnie borowiki lubią takie załamanie się temperatury w nocy – te obniżki do kilku stopni pobudzają grzybnię borowików, do owocowania – quod erat demonstrandum…  

Ciekawy jestem, jak będzie we wrześniu i październiku? Mam nadzieję, że grzybnia nie „wyprztyka się” ze wszystkich swoich możliwości i coś jeszcze zostawi nam na jesień…?

Fotki – http://grzybypl.blogspot.com/2014/08/sierpniowe-borowiki.html  

Robert K. Leśniakiewicz

—————————-

* – Specjaliści z Internetowego Klubu Miłośników Grzybów DARZ GRZYB ustalili, że są to owocniki grzyba grzybolubka purchawkowata – Asterophora lycoperdoides (Bull.) Ditmar, J. Bot. (Schrader) 3: 56 (1809). Jest to kolejny grzyb, który „powrócił” w nasze lasy po zamknięciu trujących nas zakładów przemysłowych…

TAJEMNICE MISTRZA TWARDOWSKIEGO

Referat na XII Festiwal Ezoteryki, Bratysława 2002

  

Europejskie Odrodzenie roi się od niezwykłych i fascynujących postaci. Każda z nich była silną indywidualnością i każda z nich miała swój niepowtarzalny charakter. Każda z nich miała i nadal ma swoje tajemnice. Wokół wielu z nich narosły z czasem mity i legendy, które przydają im nimbu niezwykłości, tajemniczości czy wręcz nawet nieśmiertelności… W polskim Renesansie taką postacią jest mistrz białej, czarnej i różowej magii, czaromistrz miasta stołecznego Krakowa, podkoniuszy królewski, lekarz, spirytysta, nekromanta i alchemik Jan Wawrzyniec Twardowski (1515-1573) syn szlachcica Mikołaja Twardowskiego, który zamieszkiwał w podkrakowskich Krzemionkach. Tam też miał swoją pracownię, gabinet lekarski i szkołę. Dziś znajduje się tam regionalny ośrodek TVP-3 Kraków.

 

Bogna Wernichowska, autorka apendyksu do książki Petera Haininga pt. „Leksykon duchów” wywodzi jego nazwisko od słowa Dhurr, co po niemiecku oznacza twardy, stąd spolszczona forma nazwiska autentycznego Niemca Laurentiusa Dhurra z Norymbergii, który przebywał na dworze króla Zygmunta II Augusta (1520-1572), NB, ostatniego Jagiellona na tronie Polski, w latach 1565-1573. Podobne dane podają także inne polskie encyklopedie.

 

Moc czarodziejską – według wszystkich źródeł – dał Twardowskiemu diabeł Mefistofeles, który miał mu służyć przez lat 7. Aliści Twardowski postawił warunek, by do piekieł zabrano go tylko w Rzymie. Mefisto służył mu o wiele dłużej, niż stało w cyrografie, aż wreszcie na rozkaz Belzebuba czy innego księcia piekieł, zwabiono go do karczmy o nazwie „Rzym” – bowiem Twardowski nie zastrzegł tego, by porwano go w Roma Italiae, więc kontrakt można było zrealizować w każdym dowolnym miejscu o nazwie „Rzym”, a zatem Mefistofeles zbudował karczmę, nazwał ją „Rzymem” i tam podstępem zwabił niczego nie podejrzewającego Twardowskiego. W końcowym efekcie diabelska ekipa szybkiego reagowania obezwładniła szlachcica i porwała do piekła. Na szczęście dla Twardowskiego miał on przy sobie ryngraf w Matką Boską, która wybawiła go z opresji. Inne wersje mówią o kogucie, którego pierwsze pianie niweczy wszelkie piekielne moce, albo o tym, że przerażony Twardowski zaczął śpiewać „Godzinki”, skutkiem czego diabli odstąpili od niego i polecieli do piekła, zaś Twardowski spadł na Księżyc i przebywa tam do dnia dzisiejszego… Tam ma być do Dnia Sądu Ostatecznego, zawieszony gdzieś pomiędzy Niebem a Ziemią, odbywając pokutę za swe konszachty z Szatanem.

 

Dzięki temu, Twardowski zyskał sobie przydomek „polskiego doktora Faustusa (Fausta)”, który nadali mu polscy romantycy i jego dzieje były wdzięcznym tematem literackim. Józef Ignacy Kraszewski poświęcił mu powieść; Adam Mickiewicz napisał balladę pt. „Pani Twardowska” z kantatą do niej pióra Stanisława Moniuszki, Lucjan Rydel napisał poemat bajeczny „Pan Twardowski”, opera pod tym samym tytułem wyszła spod pióra A. N. Wierstowskiego i należy do tego dodać dwa balety: Ludomira Różyckiego i A. G. Sonnenfelda. NB, Różycki napisał jeszcze jeden balet o niemniej tajemniczej postaci pt. „Cagliostro w Warszawie”… Do tego należy dorzucić dwa filmy fabularne i kilka scen w innych filmach czy odcinkach seriali. Jak widać – postać Twardowskiego stanowi pewien (zresztą bardzo barwny i tajemniczy) fragment mitu narodowego Polaków.

 

Najsłynniejszym wyczynem Twardowskiego miało być wywołanie cienia zmarłej małżonki Zygmunta II Augusta, słynnej ze swej urody i kolekcji przepięknych pereł (wiąże się z nimi jeszcze jedna tajemnica Wawelu, ale to jest już osobna historia – powiem tylko tyle, że w niewiadomy do dziś dnia sposób dostały się te wspaniałe perły do rąk angielskiej królowej Elżbiety I [1533-1603], w czym swój udział mieli dwaj angielscy alchemicy, nekromanci i czarownicy zarazem: dr John Dee zwany Deviusem i Edward Kelley – który ma opinię szalbierza, hochsztaplera i oszusta, ale wszystko wskazuje na to, że był on angielskim szpiegiem zalegendowanym jako asystent dr Dee i pod tą przykrywką wykonywał zlecone mu tajne operacje…), księżnej litewskiej Barbary Radziwiłłównej (1520-1551). Wydarzenie to miało miejsce w 2-3 lata po śmierci młodej królowej, która od roku była na tronie po zawartym w niejasnych okolicznościach i potajemnie małżeństwie z Zygmuntem II Augustem. Czarna legenda Wawelskiego zamku mówi, że Barbara została otruta przez królową-matkę Bonę Sforza d’Aragona (1494-1557). Dziś historycy tej epoki twierdzą, że to nowotwór szyjki macicy, stał się przyczyną śmierci znienawidzonej przez silną opozycję królowej, w trzydziestym pierwszym roku życia…

 

Ukazanie się cienia zmarłej królowej wywarło wielkie wrażenie na zrozpaczonym Zygmuncie Auguście, który przeżył straszliwy szok – omal nie przypłacił tego życiem. Niezwykle sugestywnie przedstawili to w swych filmach trzej polscy reżyserzy:  „Pan Twardowski” i „Barbara Radziwiłłówna” Józefa Lejtesa (1936), „Dzieje Mistrza Twardowskiego”  Krzysztofa Gradowskiego (1989) i w jednym z odcinków serialu „Królowa Bona” Janusza Majewskiego (1980).

 

Innymi dokonaniami imć Twardowskiego było nakazanie diabłom przeniesienia całego srebra z terenu całego kraju – a Polska sięgała wtedy od Bałtyku po Morze Czarne – i umieszczenie go w Olkuszu, gdzie rzeczywiście znajdowały się kopalnie rud srebra, cynku i ołowiu; następnie postawienie skały na cieńszym końcu – tak powstała słynna Maczuga Herkulesa w Ojcowskim Parku Narodowym – a także zbudowaniu systemu stawów rybnych w okolicach Niepołomic.

 

Twardowski jako lekarz zasłynął w leczeniu epidemii dżumy dymienicznej – a stosował przy tym metody wschodniej, tj. arabskiej medycyny – co w owym czasie stanowiło autentyczne i oczywiste diabelstwo oraz czary!…

 

Innym spektakularnym wyczynem Twardowskiego był lot na kogucie – no może nie na żywym ptaku, ale na szybowcu czy też lotni zrobionej na podobieństwo tego ptaka. To wystarczyło, by uznać go za czaromistrza, zaś Świętej Inkwizycji za człowieka zaprzedanego diabłu. I tutaj rzecz przeciekawa – otóż Twardowski nigdy nie był urzędowo ścigany przez Święte Officium, a przecież to był szczytowy okres histerii polowań na czarownice i czarowników! Oznaczałoby to, że albo w ogóle nie istniał, albo był tak wysoko postawionym, że fanatycy ze Świętej Inkwizycji nie byli w stanie mu czegokolwiek zrobić… Podkoniuszy królewski, to było wysokie stanowisko w królewskiej hierarchii służbowej. Bardzo wysokie. Miał on nad sobą już tylko króla i królewskiego koniuszego! Ta nietykalność osobista paradoksalnie stanowi dowód za historyczną autentycznością tej postaci. Datę jego urodzenia i śmierci wyliczył znakomity historyk Roman Bugaj w swej książce pt. „Nauki tajemne w dawnej Polsce – Mistrz Twardowski” (Wrocław 1986), na podstawie kronik i zapisków urzędników i dworzan króla Zygmunta I Starego (1467-1548) i jego syna.

 

CV krakowskiego czaromistrza przedstawiałoby się zatem następująco:

1532 – podjęcie studiów w Wittemberdze;

1551 – podjęcie studiów we Włoszech: Bolonia i Padwa;

1561 – drugi wyjazd do Włoch: Bolonia, Padwa i Rzym;

1572 – mianowanie na stanowisko podkoniuszego królewskiego w Knyszynie;

1573 – śmierć w nieznanym miejscu i niewyjaśnionych okolicznościach.

 

Ta śmierć w ogóle jest czymś niewiadomym. Twardowski – mając już wtedy 58 lat – naraz opuszcza Kraków i udaje się do Rzymu. Po co? Czyżby chciał uciec przed intrygami swych potężnych protektorów – rodziny Mniszchów – którzy najprawdopodobniej maczali swe palce w intrydze z ukazaniem Zygmuntowi Augustowi ducha jego zmarłej żony. I w kilku innych też, dość bowiem wspomnieć, że gdyby nie niebotyczna głupota, fanatyzm religijny i pycha polskich magnatów, to na tronie moskiewskim zasiadłaby Maryna Mniszchówna jako caryca Wszechrosji!!!

 

Tak zatem Twardowski uciekał z Polski krótko po śmierci króla, który roztoczył nad nim ochronny parasol. Wszak był on nadwornym lekarzem, a śmierć dostojnego pacjenta ten parasol i ochronę przed Inkwizycją z niego zdejmowała. Pozostanie w Polsce równało się spaleniu na stosie. Z drugiej strony grozili Mniszchowie – szare eminencje wawelskiego pałacu o nienasyconych ambicjach, wielkich aspiracjach i ogromnych planach politycznych. Nie miał wyjścia – musiał uciekać przed Jerzym Mniszchem i Świętym Officium!

 

Dokąd? Na pewno nie na terytorium Polski, a zatem za granicę – w grę mogły wchodzić tylko dwa kraje: Niemcy i Italia, w których już był i które zapewne dobrze znał. Niemcy odpadały ze względu na Reformację i Kontrreformację oraz związane z nimi wojny religijne i bunty chłopskie. Pozostawałaby tylko i wyłącznie Italia.

 

Roman Bugaj podaje, że Twardowski został porwany i zamordowany w karczmie „Rzym” gdzieś na Podlasiu czy Mazowszu. Dowodem na to miało być słynne Zwierciadło Twardowskiego, które do dziś dnia znajduje się w Węgrowie (woj. mazowieckie), w zakrystii tamtejszego kościoła farnego i niszczeje. Jest to jeden, jedyny artefakt pozostały po tej postaci historycznej. Ze swej strony jestem przekonany, że Twardowskiego porwano i zamordowano gdzieś na południe od Krakowa – a dokładniej w okolicach dzisiejszego miasta powiatowego Sucha Beskidzka. I co najciekawsze – jest tam Karczma „Rzym” położona przy tamtejszym Rynku, a która stoi tam już od XVIII wieku, ale przed nią na tym samym miejscu stały jeszcze dwie karczmy od XVI wieku!

 

Jest jeszcze jedna poszlaka – w herbie Suchej Beskidzkiej znajduje się biały koń na czerwonym polu.  Czy nie koresponduje to z oficjalnym zajęciem Jana Wawrzyńca Twardowskiego? Wszak ten był podkoniuszym królewskim…

 

A tereny te silnie diabli obsadzili, jako że najwyższym szczytem w okolicy jest Diablak (1.725 m n.p.m.) czyli Babia Góra, do tego dochodzą tu i ówdzie rozsiane Diable czy Diabelskie Kamienie, których belzebubowa czereda miała używać do burzenia kościołów i pobliskiego sanktuarium maryjnego w Kalwarii Zebrzydowskiej. Jest Zła Dolina – w której chodziła potwora urywająca ludziom głowy, kiedy ci nie potrafili odpowiedzieć prawidłowo na pytanie brzmiące: Ile wierszyczków ma Babia Góra? Zainteresowanym podpowiadam, że 32. I nie ma się czemu dziwić, że w tak „zadiablonej” okolicy zaginął w niewyjaśnionych okolicznościach pewien polski szlachcic. A zatem do porwania Twardowskiego nie doszło w Mystkowie-Rzymie na Podlasiu – jak chce tego Stanisław Dworakowski, ale właśnie w Suchej Beskidzkiej w Małopolsce. NB, to właśnie przez Suchą Beskidzką, Bystrą Podhalańską i Sidzinę wiódł w tych czasach szlak kupiecki i pielgrzymi na Orawę i dalej przez Słowację, Austrię do Italii – do Rzymu… Trakt ten wiódł zresztą tam od tysiącleci, bowiem stanowił on fragment Szlaku Bursztynowego, którym sprowadzano polski, jantar z basenu Morza Bałtyckiego do basenu Morza Śródziemnego.

 

Kim naprawdę był imć Jan Wawrzyniec Twardowski-Dhurr? Mógł być spolonizowanym Niemcem, lub co najbardziej prawdopodobne – spolonizowanym Włochem lub potomkiem takowego, który już czuł się Polakiem. Kronikarz dworu wawelskiego Łukasz Górnicki w swym „Dworzaninie” podaje zlatynizowaną formę jego nazwiska, może dlatego, że bał się zemsty ze strony potężnego maga i wysokiego urzędnika królewskiego, popieranego przez niemniej potężnych magnatów? Stąd poszła hipoteza o tym, że Twardowski pochodził spoza Polski. Osobiście jestem przekonany, że Twardowski był Polakiem. Zajmował się naukami hermetycznymi i stosowanymi – jego dziełem jest encyklopedia, wzorowana na „Liber viginti artium” Pawła z Pragi I i traktat „Opus Magicum”. I tu kolejna rzecz ciekawa – obydwa te dzieła znikły w niewyjaśnionych okolicznościach. Tak, jakby ktoś chciał zatrzeć ślady po wielkim czaromistrzu. Czy była to robota Inkwizycji? Bardzo możliwe – wszak właśnie na ten okres przypada apogeum płonących stosów, na których skwierczeli nie tylko czarownicy i czarownice, ale nade wszystko ludzie niewygodni Kościołowi katolickiemu, rządzącej oligarchii czy przeciwnicy polityczni. Stos groził Mikołajowi Kopernikowi (1473-1543) za jego poglądy, które mogły obalić istniejący stan rzeczy. (Chodzi tutaj o tajemniczy traktat „De astro minante”, w którym Kopernik rzekomo przewidział impakt komety na 8 października 1582 roku i generalny Koniec Świata! – a który został napisany tuż przed śmiercią Mistrza z Fromborka i wydany zaledwie w 101 egzemplarzach.) Niewykluczone jest więc, że obaj panowie znali się i wymieniali poglądy, jako że obaj byli m.in. astrologami – jak każdy szanujący się astronom w tamtych czasach!… To, że nie ma śladów tej korespondencji? Archiwa były czyszczone niejeden raz i niejednokrotnie usuwano z nich to, co mogłoby zaszkodzić wizerunkowi Kościoła czy osoby panującego. Tak mogło być i w tym przypadku. To dlatego Jerzy Joachim von Lauchen czyli Retyk (1514-1574) musiał uciekać z Krakowa do słowackich Koszyc z rękopisami kopernikowskimi za pazuchą… I on także miał możliwość spotkania się z Twardowskim – wszak obaj mieszkali w Krakowie i – co ciekawe – obaj urodzili się i zmarli w niemal tym samym czasie! Zaiste, jeżeli jest to zbieg okoliczności, to co najmniej dziwny. A może Twardowskiego porwano, kiedy uciekał nie do ultra-katolickiego Rzymu, ale do bezpiecznego schronienia w ówcześnie protestanckich Koszycach? Tam, gdzie nie groziły mu mordercze macki Świętego Officium? Czy nie brzmi to bardziej prawdopodobnie?

 

Co zawierały dzieła Twardowskiego? – tego ze współczesnych nie wie nikt. Na pewno traktat o optyce – zresztą dlatego Twardowskiego utożsamiono z innym słynnym śląskim uczonym, działającym w Krakowie – Erazmem Witelo zwanego Vitellionem (1230-1280), który napisał dzieło „Perspectiva” znane bardziej jako „Optyka”. Należał on do najwybitniejszych uczonych Średniowiecza. Być może Twardowski kontynuował jego prace i dzięki temu w pamięci gminu te dwie postacie zlały się w jedną. Nie zapominajmy, że Twardowski – podobnie jak Devius i wielu innych magów Odrodzenia – przeprowadzał doświadczenia optyczne przy pomocy zwierciadeł. Być może pokazał on nieszczęsnemu Zygmuntowi Augustowi hologram czy po prostu slajd przedstawiający zmarłą małżonkę królewską, co stanowiłoby jakieś rozwiązanie chociaż tej tajemnicy?…

 

Kiedyś postawiłem hipotezę, że Twardowski był tzw. agentem wpływu obcej Cywilizacji Naukowo-Technicznej, działającym w najpotężniejszym mocarstwie na kontynencie europejskim – a było to w czasach, kiedy Polska miała swoje wielkie pięć minut w światowej historii i gdyby nie wewnętrzne tarcia, swary i spory polityczne – byłaby największym mocarstwem świata po przyłączeniu do swego terytorium Rosji, co leżało w zasięgu ręki – sic! Żył on w momencie historycznym, który stanowił punkt zwrotny w dziejach naszego kraju i kontynentu. Po bezpotomnej śmierci ostatniego Jagiellona nastąpiło już tylko spadanie Rzeczypospolitej szlacheckiej w dół – dzięki balastowi wolnej elekcji króla i przekleństwu liberum veto, które zakończyło się w roku 1772 pierwszym rozbiorem, a definitywnie złożyło Polskę do grobu na 123 lata niewoli w 1795 roku… Być może Twardowski był przez Nich kierowany czy inspirowany. Przecież to właśnie wtedy Ludzkość doznała pierwszego skoku cywilizacyjnego, rozkwitały nauki i sztuka, z którego to dziedzictwa jesteśmy tak dumni!

 

Teraz tak nie sądzę. Jestem coraz bardziej przekonany, że był to wielki renesansowy umysł, który uwikłał się w polityczne i religijne intrygi, i nie mogąc się od nich uwolnić padł wreszcie ich ofiarą. Istnieje równie prawdopodobna możliwość, że zamordowała go Święta Inkwizycja w czasie próby ucieczki przed stosem. Tak czy inaczej, stał się piękną legendą o Polaku – Sarmacie, który posiadł moc czarodziejską i okpił samego Szatana. A wtedy prawdziwym Szatanem była totalitarna władza kościelna i jej zbrojne ramię – sfanatyzowana banda opętanych żądzą mordu i zadawania cierpienia niewinnym, bezbronnym ludziom – ciemnych mnichów, realizujących zaborczą politykę swych przełożonych – papieży marzących o ciągłej rozbudowie potęgi Kościoła katolickiego i rozszerzeniu jego panowania na cały świat. Myślę, że należałoby pójść tym tropem i wtedy być może uda się nam znaleźć znaczną część prawdy o Sarmacie-czarodzieju. Prawda ta znajduje się zapewne w archiwach Watykanu, o ile jej nie zniszczono w czasie jakiejś czystki. Kiedy wreszcie wyjdzie na światło dzienne???…

 

A jednak…

 

A jednak być może dlatego istnieje coś, co można nazwać przekleństwem, czy klątwą Twardowskiego. Ci, którzy zabierają się za pisanie o tej postaci historycznej narażają się na nieprzyjemności i to całkiem spore, kiedy piszą w sposób lekceważący czy ośmieszający wielkiego maga – doświadczył tego m.in. Krzysztof Gradowski i odtwarzający postać Twardowskiego w jego filmie, znakomity aktor Daniel Olbrychski. Musieli oni nawet zmienić scenariusz i grę aktorską, bo ekipę filmową nękały na planie same niepowodzenia! 

 

I to jest – jak sądzę – ostatnia tajemnica Mistrza z Krzemionek.

 

 

—oooOooo—

 

 

Patrzę z zażenowaniem na młodych Polaków, którzy wstydzą się swojej historii, historii własnego kraju i jak papugi oglądają się na innych, zapominając, że mieszają w kraju, w którym działy się rzeczy mądre, wzniosłe, piękne i tajemnicze. W kraju, którego historia jest niemniej fascynująca, niż historia Anglii, Francji czy USA. W kraju, w którym działał Kopernik, Witelo, Kochanowski, Gomółka, Heweliusz, Rej i inni, którzy budowali podwaliny kultury Polski i zarazem Europy, o czym tak łatwo zapominają ci, którzy teraz frymarczą dorobkiem naszej kultury narodowej w imię źle pojętej integracji europejskiej, którym wydaje się, że zapominając o naszych korzeniach szybciej dorwą się do europejskiej kasy, i że nic ponad kasę ich nie interesuje. Nie macie się czego wstydzić młodzi, zakompleksieni Polacy, podziwiający zabytki Europy w czasie wakacyjnych wędrówek czy zagranicznych „saksów”. Za Wami jest ponad 1000 lat naszej państwowości – pamiętajcie o tym. Ci, którzy zapomną, rychło staną się pariasami na sprzedanej obcym ziemi…

 Robert K. Leśniakiewicz