Miesiąc: Czerwiec 2014

No i posiali…!

Starożytna polska mądrość ludowa mówi, że jak na św. Piotra i św. Pawła pada deszcz, to oznacza, że owi zacni święci sieją grzyby, których obfitość mają zapewnić właśnie takie deszcze.

Wszystko zaczęło się trzy dni temu, kiedy zmieniła się cyrkulacja powietrza i zaczęło wiać od południa i południowego-zachodu. Było to typowe, afrykańskie, gorące powietrze o zapachu pustyni. Wygrzane gdzieś nad Saharą, pogonione przez nadchodzący znad Atlantyku niż ruszyło szeroką rzeką nad Polskę, przynosząc nam temperatury rzędu +27,6°C i wczoraj +30,3°C, przy wilgotności powietrza, która spadła poniżej 20%!

Na szczęście po południu zaczęło się chmurzyć, a około godziny 18. – padać. Zrazu lekko potem „norymnie”. Oczywiście burze obeszły nas bokami – jedna czaiła się za Tatrami, druga poszła na Śląsk. W ciągu ostatniej doby spadło 6,76 l/m² i od czasu do czasu przechodzą deszczowe „chaje”, które dokładają po litrze na metr kwadratowy. Wprawdzie dzieciaki w czasie deszczu się nudzą, ale – z tego co mówi Pan Bednarz – zaczął się wysyp kurek, bo to i ciepło i deszczowo i zmieniła się faza Księżyca, który właśnie idzie ku pełni.

Tak więc obaj święci posiali i mam nadzieję, że grzyb latoś będzie mocny!

Robert K. Leśniakiewicz

Reklamy

106 lat temu

Wczesnym rankiem, dnia 30 czerwca 1908 roku, nad terytorium południowej części Centralnej Syberii wielu świadków obserwowało fantastyczne widowisko: na niebie leciało coś ogromnego i świecącego. Według relacji jednych była to rozjarzona kula, zaś inni twierdzili, że był to ognisty snop z kłosami do tyłu, trzeci zaś widzieli w tym zjawisku płonące bierwiono… Lecące po nieboskłonie ogniste ciało pozostawiało po sobie ślad, jak normalny meteoryt. Jego przelot manifestował się także wieloma zjawiskami dźwiękowymi, które odnotowało tysiące naocznych świadków w promieniu kilkuset kilometrów i spowodowały przestrach, a gdzieniegdzie też i panikę.

Około godziny 07:17.11 KRAT mieszkańcy faktorii Wanawara, znajdującej się na brzegu rzeki Podkamienna Tunguska, prawego dopływu Jeniseju, ujrzeli na północnej części nieba oślepiająco jasną kulę, która była jaśniejsza od Słońca. Kula przekształciła się w ognisty słup. Po tych świetlnych zjawiskach świadkowie poczuli wstrząs ziemi, potem rozległ się potężny huk wielokrotnie powtórzony, jak uderzenia piorunów w czasie burzy.

Huk i grzmot wstrząsnął wszystkim dookoła, a był on słyszanym w promieniu 1.200 km od epicentrum katastrofy. Drzewa padały jak skoszone, z okien wylatywały szyby, zaś na rzekach pojawiły się ogromne fale przypominające wodne wały. Przerażone zwierzęta miotały się w panice po tajdze. W promieniu powyżej stu kilometrów od centrum wybuchu drżała ziemia i wyłamywały się ramy okien.

Jednego ze świadków wstrząs odrzucił w tył na 3 sążnie.  Jak się potem wyjaśniło, fala uderzeniowa powaliła w tajdze drzewa na powierzchni o promieniu 30 km. Od potężnego uderzenia promieniowania świetlnego i termicznego oraz potoku rozpalonych gazów wynikł pożar lasu, a w promieniu kilkudziesięciu kilometrów doszło do spalenia pokrywy roślinnej.

Odgłosy i echa spowodowanego wybuchem trzęsienia ziemi zarejestrowano przy pomocy sejsmografów w Irkucku (Rosja), Taszkiencie (Uzbekistan), Słucku (Białoruś) i Tbilisi (Gruzja), a także w Jenie (Niemcy). Powietrzna fala uderzeniowa spowodowana niebywałym wybuchem obiegła dwukrotnie kulę ziemską. Jej obecność odnotowano w Kopenhadze (Dania), Zagrzebiu (Chorwacja), Waszyngtonie, Poczdamie (Niemcy), Londynie i Dżakarcie (Indonezja), i kilku innych miejscach na planecie.

W kilka minut po eksplozji zaczęła się burza magnetyczna, która trwała blisko 4 godziny. Burza ta, jak można to było wywnioskować z opisów, była niezwykle podobna do tych, które obserwuje się obecnie w ziemskiej atmo- i magnetosferze po próbnych eksplozjach „urządzeń” jądrowych i termojądrowych.

Dziwne zjawiska zachodziły na całym świecie w czasie kilku dób od zagadkowego wybuchu w tajdze. Nocą 30.VI./1.VII.1908 roku, w ponad 150 punktach Syberii Zachodniej, Azji Centralnej, europejskiej części Rosji i w Europie praktycznie nie było nocy, bo na niebie, na wysokości około 80 km , wisiały srebrzyste obłoki świecące mocnym światłem. W miarę upływu czasu, intensywność tych „białych nocy z 1908 roku” znacznie spadła, i już 4 lipca ten „kosmiczny fajerwerk” całkowicie dobiegł końca, tym niemniej rozmaite świetlne fenomeny obserwowano w ziemskiej atmosferze aż do końca lipca 1908 roku.

Zwróćmy uwagę na jeszcze jeden fakt, który ma związek z wybuchem w dniu 30 czerwca 1908 roku. W kalifornijskiej stacji aktynometrycznej stwierdzono wyraźne zmętnienie atmosfery i znaczny spadek promieniowania słonecznego. Było ono porównywalne z tym, które stwierdzono w czasie silnych wybuchów wulkanicznych. Tak wyglądają niektóre konkretne dane o Wybuchu Tunguskim w 1908 roku.

Tak czy owak, ów rok – jak podają gazety i magazyny – obfitował w mnogie „niebiańskie” jak i „ziemskie” niezwykłe fenomeny i zjawiska przyrody. I tak np. wiosną 1908 roku odnotowano niezwykle niszczące powodzie spowodowane obfitymi opadami śniegów  w Szwajcarii w końcu maja! – zaś nad Oceanem Atlantyckim zaobserwowano chmurę gęstego pyłu. W ówczesnej prasie regularnie pojawiały się informacje o kometach, które widziano na terytorium Rosji, o kilku trzęsieniach ziemi, o dziwnych zjawiskach i nadzwyczajnych wydarzeniach, które wynikły z nieznanych przyczyn.

Zatrzymajmy się przez chwilę przy jednym niezwykłym fenomenie optycznym, które obserwowano nad Brześciem (Białoruś), w dniu 22 lutego 1908 roku. Rankiem, kiedy pogoda była jasna i powietrze przeźroczyste, po północno-wschodniej stronie nieba, nad horyzontem, pojawiła się silnie świecąca plama, szybko przybliżająca się  i przybierająca kształt litery V. Obiekt ten przemieszczał się ze wschodu na północ. Jego blask początkowo bardzo jasny zmniejszał się, ale rozmiary wzrastały. W ciągu pół godziny widzialność plamy stała się bardzo mała, a po upływie półtorej godziny obiekt definitywnie znikł. Długość jego ramion była ogromna! Czyż ta informacja nie przypomina mi wszystkich relacji o obserwacjach UFO, które literalnie zalewają nas w ostatnim czasie? I wszystkie te najbardziej nieoczekiwane wydarzenia i zjawiska bezpośrednio poprzedzały katastrofę…

Na środkowej Wołdze w nocy 17/18 i 18/19.VI. obserwowano zorzę polarną.

Od 21 czerwca 1908 roku, tj. na dziesięć dni przed katastrofą, niebo nad Europą i Zachodnią Syberią w wielu miejscach rozjaśniały jaskrawe i kolorowe zorze.

W nocy 23/24.VI. nad okolicami Jurewa i niektórymi miejscowościami nad Bałtykiem, wieczorem i w nocy ukazały się jaskrawe, purpurowe zorze, przypominające te, które obserwowano ćwierć wieku wcześniej, po straszliwej – utożsamianej z kataklizmem –  erupcji i wreszcie eksplozji wulkanu Krakatau.

Białe noce przestały być monopolem Północy. Na niebie lśniły długie srebrzyste obłoki, wyciągnięte równoleżnikowo – ze wschodu na zachód. Od 27 czerwca poważnie wzrosła liczba takich obserwacji. Odnotowano częste przeloty jaskrawych meteorów. W przyrodzie czuło się napięcie, przybliżanie się czegoś niezwykłego…

Należy odnotować, że wiosną, latem i jesienią 1908 roku, badacze stwierdzili znaczne podwyższenie się poziomu aktywności rojów meteorytowych. Ilość prasowych doniesień na temat obserwacji spadków meteorów i meteorytów z tego okresu jest o wiele razy większa, niż w innych latach. Jasne bolidy widziano w Anglii, europejskiej części Rosji, republikach bałtyckich, Azji Centralnej, Syberii i w Chinach.

Pod koniec czerwca 1908 na Katondze – jak miejscowi nazywają Podkamienną Tunguską – pracowała ekspedycja członka Towarzystwa Geograficznego – A. Makarenki. Udało mi się znaleźć krótki raport o jego pracach. Pisało się w nim, że ekspedycja przeprowadziła pomiary brzegów Katongi, jej głębokości, farwaterów, itd. – ale nie ma w nim mowy o jakichś niezwykłych wydarzeniach zaobserwowanych w związku ze spadkiem meteorytu i towarzyszących temu wydarzeniu innych fenomenów… I to jest jedna z największych tajemnic Tunguskiej Katastrofy! – no bo jak mogło to się stać, że ekspedycja Makarenki nie zauważyła świetlistego zjawiska przelatującego nad tajgą, ani nie słyszała potwornego huku, którymi to efektami zamanifestował się spadek kosmicznego gościa w lasy Syberii???

Na razie pozostańmy przy tej jednej z pierwszych zagadek związanych z Tunguskim Wybuchem, ponieważ w dalszym ciągu przyjdzie nam niejeden raz zetknąć się z faktami tego rodzaju.

Niestety, do dziś dnia nie posiadamy żadnych świadectw o tym, czy wśród naocznych świadków znaleźli się uczeni, którzy zajęliby się sprawdzeniem jego autentyczności, nie mówiąc już o udaniu się na miejsce wybuchu i zbadaniu rzeczy in situ.

Prawdą jest, że z przedrewolucyjnej prasy, wspomnień mieszkańców i niektórych petersburskich uczonych, doszły do nas informacje o tym, że w latach 1909-1910 jacyś ludzie z narażeniem życia udawali się na miejsce Tunguskiej Eksplozji i widzieli tam niezwykłe rzeczy i zjawiska. Kim oni byli? Kto zorganizował tą ich ekspedycję?… Nie ma  żadnych oficjalnych doniesień o tym, i ślady po tej tajemniczej ekspedycji pozostają nieznane…

Pierwsza ekspedycja, o której są wiarygodne dane, została zorganizowana w 1911 roku przez Omski Urząd ds. Dróg Ziemnych i Wodnych. Kierował nią inż. Wiaczesław Szyszkow, który potem został znakomitym pisarzem. Ekspedycja przeszła w dużej odległości od epicentrum wybuchu, chociaż odkryła w rejonie Niżnej Tunguski ogromny wywał lasu, którego jednak nie powiązano ze spadkiem meteorytu…

I na koniec kilka słów na temat terminologii, nazwach i abrewiaturze. Publikacje o niezwykłym zjawisku bardziej czy mniej obiektywne, a nawet z elementami dezinformacji (???) pojawiły się w syberyjskich gazetach: „Sibirskaja żyzń”, „Sibir”, „Gołos Tomska”, „Krasnojariec” w okresie od czerwca do lipca 1908 roku. W nich, jak i w zrywnym kalendarzu wydawnictwa O. Kirchniera (Sankt Petersburg) na 1910 rok, meteoryt nazwano Filimonowskim, a nie Tunguskim. Nazwa „Meteoryt Tunguski” pojawiła się i weszła na stałe do terminologii naukowej dopiero w 1927 roku.

Nazwa Meteoryt Tunguski nie powinna nikogo wprowadzać w błąd, choć jak powiedział słynny badacz tego fenomenu W. Bronsztejn wpadliśmy tutaj w pułapkę terminologiczną: wszak meteorytami nazywamy ciała kosmiczne, które spadają na Ziemię. Jednak ostatnimi czasy w naukowej i popularnej literaturze autorzy używają terminu „meteoryt” – a to ze względy na efekty jego upadku. Dziś już nie słyszymy sprzeciwu, że „Ciało Tunguskie” nie można stawiać w jednym rzędzie z żelaznymi czy kamiennymi meteorytami, które zazwyczaj spadają na Ziemię.

Rzecz w tym, że gigantyczne meteoryty z masą tysięcy ton – a masa Meteorytu Tunguskiego była oceniana, na co najmniej 100.000 ton – powinny przebijać atmosferę Ziemi i wbijać się w jej powierzchnię, tworząc kratery. W naszym przypadku powinien powstać krater o średnicy co najmniej 1,5 km i głębokości kilkuset metrów. Nic takiego nie zaszło!…

Meteorytu Tunguskiego nie było i nie ma! – do takiego wniosku doszli badacze na początku lat 80. Paradoks? Nie. To było po prostu uściślenie terminologii. Pojawił się bardziej dokładny i adekwatny termin: „Tunguskie Ciało Kosmiczne”… – ja jednak zachowam zwyczajową formę: Meteoryt Tunguski i w tej pracy wprowadzam następujące skróty: TM – Tunguski Meteoryt; TKC – Tunguskie Ciało Kosmiczne i TF – Tunguski Fenomen.

 

—oooOooo—

 

Tyle rosyjski badacz tego fenomenu A. I. Wojciechowskij. Ze swej strony polecam dwa opracowania, które można znaleźć w Internecie: Peter Krassa – „Największa zagadka stulecia” – http://hyboriana.blogspot.com/2013/03/najwieksza-zagadka-stulecia-0.html oraz „Bolid Syberyjski” pod moją redakcją na stronie – http://hyboriana.blogspot.com/2012/01/bolid-sybreyjski-0.html.

Dlaczego mnie to tak interesuje? Co to ma wspólnego z Jordanowem? – ktoś zapyta. Ano to, że to niezwykłe zjawisko widział mój dziadek Franciszek Baranowicz, który w tym czasie był (jak i wielu Polaków) w carskim wojsku stacjonującym na Syberii. Widział on także upadek Meteorytu Łowickiego w nocy 11/12.III.1935 roku. Tak więc dla mnie jest to poniekąd sprawa rodzinna, która wciąż mnie interesuje.

Robert K. Leśniakiewicz

Smród na salonach i gumowe uszy (felieton krytyczny)

Od kilku tygodni śledzę szarpaninę naszego sejmu i rządu z taśmami kolejnej afery podsłuchowej. Rzecz byłaby śmieszna i kabaretowa, gdyby nie to, że dotyczy naszego państwa, jako pewniej organizacji społeczeństwa. Oto kilku kelnerów na polecenie jednej z partii opozycyjnej – co jest oczywiste – podsłuchuje rozmawiających przy kawiorze i szampanie polityków z partii rządzącej. Mało tego – wszystkie te brudy wypowiadane knajackim językiem – są wyciągane na światło dzienne i komentowane przez media, ku wściekłości oszukanego społeczeństwa, do wtóru szyderczemu śmiechowi z Kremla i rechotowi z Zachodu. Dawno nie mieli takiego ubawu przez kolejny numer, który wywinęły „głupie Polaczki”.

 

Jeżeli ktoś chciał skompromitować demokrację i ideały wolności – o której tak pięknie mówił nasz pan prezydent z okazji ćwierćwiecza prawicowego przewrotu w Polsce – to mu się udało. Wielu ludzi wreszcie przestało wierzyć w te całe „wolnościowe” i „solidarnościowe” pustosłowie, w ten hurra-bogo-ojczyźniany bełkot którym rządzący „styropianowcy” karmili nas przez 25 lat i który w starciu z wrzeszczącą rzeczywistością stał się niewart nawet funta kłaków. Co zrobiono z tym krajem, to wystarczy popatrzeć na to, co się dzieje w Jordanowie.

 

Oto czytam w lokalnych gazetach o podsłuchach w Zawoi i nepotyzmie (czytaj: kumoterstwie) w Jordanowie. Ohyda. Najbardziej irytuje mnie to, że robią to ludzie, którzy należą bądź sympatyzują z partią, której lider przekonuje nas, że jak tylko dorwie się do żłobu i koryta, to zabierze się za walkę z „szarą siecią układów”, zaprowadzi w kraju prawo i sprawiedliwość w oparciu o Dekalog i wartości chrześcijańskie… Nie, nic z tego – nie wierzę w te wszystkie zapewnienia i obiecanki-cacanki. Tak jak nie wierzę już tym, którzy codziennie biegają do kościółka demonstrując swoją wiarę tyle solenną, ile fałszywą – jak się okazuje. Nie komuniści, nie geje i lesbijki, nie palikociarze, ale właśnie oni swoim postępowaniem ośmieszają tzw. „wartości chrześcijańskie” – co podaje pod rozwagę PT. Władzom Kościelnym. To oni właśnie brukają swą niepohamowaną pazernością wizerunek polskiego katolika, jego obraz w świecie. To oczywiste, bo jak w perspektywie jest kasa i możliwość jej zdobycia, to wtedy „wartości chrześcijańskie” idą w kąt, słowa św. Jana Pawła II nie mają znaczenia, Dekalog także. Jest tylko ona – KASA! I dla niej są w stanie zrobić wszystko – wziąć w łapę, dać w łapę, posadzić kogoś na stołku czy zwalić z tegoż. I opluć wszystko to, w co kazali nam wierzyć. Tak dokładnie właśnie było, jest i będzie.

 

Ale żeby to zrozumieć, trzeba trochę pomyśleć. Trzeba mieć odwagę myśleć i wyciągać wnioski! – a tego w tym biednym, ogłupionym narodzie już nie ma… Myślenie zastąpiła wiara, a odwagę służalczość. Polska jest rządzona przez banksterów – nie polskich bynajmniej – i kelnerów, którzy to ujawniają. Tylko że ten rząd zamiast złemu zaradzić, chce wieszać tych, którzy tą patologię ujawniają. Czy można mieć do niego zaufanie…? Czy można mieć zaufanie do kogoś, co mówi jedno, a robi drugie – a w rezultacie jest tylko gorzej i coraz gorzej? Oczywiście NIE!

Robert K. Leśniakiewicz

Zaginiony samolot malezyjski (cd. dramatu)

Czy Trójkąt Bermudzki ma coś wspólnego z zaginięciem malezyjskiego samolotu?

 

Bejnamin Radford

 

Zaginięcie lotu MH-370 jest taką tajemnicą, która przypomina o możliwości istnienia wietnamskiego Trójkąta Bermudzkiego. Ale traktujmy to z przymrużeniem oka. Funkcjonariusze z kilku krajów, tuziny samolotów i statków czeszą Morze Południowochińskie i Zatokę Bengalską po tajemniczym zniknięciu samolotu Malezyjskich Linii Lotniczych z lotu MH-370 z 239 osobami na pokładzie, zaś wielu ludzi podejrzewa, że może ma to jakiś związek z Trójkątem Bermudzkim.

 

Stało się nieuniknionym to, że zniknięcie to przywoła porównania do niesławnych akwenów, na których giną statki i samoloty bez śladu. Kilka dni temu, malezyjski polityk napisał na Twitterze: Nowy Trójkąt Bermudzki został wykryty na wodach Wietnamu, gdzie padają wszystkie doskonale wyekwipowane w elektronikę jednostki. Oburzyło to wielu ludzi, których komentarze były nieżyczliwe, a którzy potem przeprosili za nie.

 

Określenie „Trójkąt Bermudzki” wprowadzono w obieg w 1964 roku, ale zostało rozpowszechnione na cały świat w dziesięć lat później, kiedy Charles Berlitz, którego rodzina stworzyła popularną serię kursów językowych, napisał książkę i nim. Berlitz wierzy w to, że legendarny kontynent lub subkontynent Atlantydy istniał naprawdę i odpowiada za tajemnicze katastrofy i zniknięcia statków i samolotów u wybrzeży Florydy.

 

Przez wiele lat powstało wiele teorii i hipotez usiłujących objaśnić tę tajemnicę. Kilku pisarzy rozszerzyło teorię Berlitza o Atlantydzie sugerując, że mityczne miasto leży na dnie oceanu i używa swej słynnej „krystalicznej energii” do topienia statków i samolotów. Inne, bardziej egzotyczne teorie sugerują, że są tam portale czasowe i Kosmici – w tym opowieści o podwodnych bazach Obcych. Wciąż inni ludzie wierzą w to, że wyjaśnienie leży w niezwykle rzadkich ale naturalnych geologicznych i hydrologicznych zjawiskach naturalnych.

 

Inni sugerują, że samolot Malezyjskich Linii Lotniczych znikł nad akwenem, który jest dokładnie naprzeciwko części globu na której znajduje się Trójkąt Bermudzki. Czyż nie jest to zadziwiający zbieg okoliczności?

 

Wydaje się być to tajemniczym i dziwnym, kiedy spojrzymy na mapę lub globus i zauważymy, że rejon poszukiwań jest dokładnie w przeciwległym rejonie świata nie do Trójkąta Bermudzkiego, który znajduje się na Północnym Atlantyku, ale do Morza Karaibskiego. Pomijając dywagacje geograficzne, to nadal nikt nie wie, gdzie samolot znikł. być może wpadł on i zatonął w Morzu Południowochińskim, być może u wybrzeży Malezji lub gdzieś indziej. W rzeczywistości ratownicy podejrzewają, że samolot nie wpadł w ogóle do oceanu, ale może znajdować się w dżunglach Wietnamu, dokąd też wysłano ekipy poszukiwawczo-ratownicze. A że samolot mógł wykonać skręt po ostatnim kontakcie radarowym, to obszar poszukiwań jest ogromny.

 

Dlaczego Trójkąt Bermudzki?

 

Największym problemem, który łączy zagadkę lotu MH-370 z Trójkątem Bermudzkim to jego zniknięcie, jednakże Trójkąt Bermudzki nie istnieje. został on odmitologizowany jeszcze w latach 70., kiedy Lawrence David Kusche zbadał rzekome dziwne zniknięcia w Trójkącie Bermudzkim. Kusche wyczerpująco przebadał dziwne „tajemnicze zniknięcia”, Berlitz i inni napisali o tym i stworzyli historię, która opiera się w zasadzie na błędach, przekłamaniach i tajemnicy – zaś w niektórych przypadkach – fabrykowaniu całych historii – a wszystko to przekazywane było jako sprawdzone fakty.

 

W swej książce „Trójkąt Bermudzki – tajemnica rozwiązana” (wyd. polskie: Warszawa 1983), Kusche odnotował, że kilku pisarzy piszących na ten temat nie dokonało żadnych konkretnych dochodzeń – najczęściej ściągając i powtarzając informacje od wcześniejszych autorów, którzy robili to samo. W kilku przypadkach nie ma żadnych zapisów o statkach i samolotach, które zaginęły w tym trójkątnym, wodnym cmentarzu – one nigdy nie istniały, poza wyobraźnią autorów. W innych przypadkach, statki i samoloty były prawdziwe – ale Berlitz i inni zaniedbali powiedzieć tego, że one „tajemniczo znikły” w czasie paskudnych sztormów.

[L. D. Kusche niestety sam przeprowadzał swe „badania” w bibliotekach uniwersyteckich, a które polegały na wyszukiwaniu wycinków prasowych na temat katastrof. Poza tym dobierał je tak, by świadczyły tylko i wyłącznie za jego tezami. NB, złapałem go na ewidentnym fałszerstwie dotyczącym Trójkąta Smoka. Otóż pan Kusche zaniżył bezczelnie tonaż zaginionych tam statków by zbagatelizować sprawę. Nie zaginęły tam – wedle niego – trawlery rybackie, ale „jakieś tam” kutry. Poza tym – wedle obliczeń Japończyków, a co podaje Kusche – zaginęło tam w ciągu 1968 roku – 521 kutrów i łodzi, w 1970 roku – 435 a w 1972 roku – 471! Przecież to oznacza, że w samym roku 1968 w każdym dniu znikało na morzu około 1,43 jednostki! – czyli co najmniej jedna dziennie!!! I co z tego? Zakładając, że każda jednostka rybacka ma 8 – 12 osób załogi oznacza to, że na morzu zaginęło bez wieści około 5.000 ludzi! Czy zaginięcie bez wieści 5.000 osób może być ignorowane przez władze? TAKICH RZECZY PO PROSTU IGNOROWAĆ NIE SPOSÓB!!! Zob. http://hyboriana.blogspot.com/2014/04/trojkaty-bermudzkie_20.html  – przyp. tłum.]

 

Także należałoby odnotować, że akwen Trójkąta Bermudzkiego jest gęsto uczęszczany przez statki wycieczkowe i handlowe, i logiczne jest to, że więcej statków tonie właśnie tam, niż na np. mało uczęszczanych trasach Południowego Pacyfiku. Ale akweny znajdujące się w „piekielnym trójkącie” wcale nie mają tak wysokiej liczby tajemniczych zaginięć.

 

Lot MH-370 i jego zaginięcie jest prawdziwą tajemnicą, ale to, że to się stało wcale nie jest czymś aż tak niezwykłym, tak więc nic niewyjaśnionego czy nadnaturalnego tam nie zaszło. Rejon poszukiwań jest wielki i odległy (ok. 2000 km od wybrzeży Australii) a prądy morskie mogą rozwłóczyć szczątki samolotu na wielkie dystanse. Losy lotu MH-370 są nieznane, ale wyjaśnienie może się pojawić każdego dnia.

 

Ostatnie wieści z Australii

 

W dniu 27.VI.2014 r. „Teleexpress” przekazał informację iż australijscy śledczy podali, że pasażerowie lotu MH-370 nie żyli już po utracie łączności z samolotem wskutek rozhermetyzowania kabiny, a samolot prowadzony przez autopilota leciał dalej sam…

 

Moje 3 grosze

 

A zatem wszystko wskazuje na to, że najprawdopodobniej został rozegrany scenariusz uprowadzenia i zrabowania cargo Boeinga-777, którego dokonali albo piloci albo złodzieje znajdujący się wśród pasażerów.  Historia zna tego rodzaju przypadek, kiedy porywacz – niejaki D. B. Cooper – najpierw uprowadził samolot Boeing 727 kompanii Northwest Airlines z lotu NA-305, a którego trasa przebiegała z Waszyngtonu, DC do Seattle, WA przez Minneapolis, MN, Great Falls, VA,  Missoula, MO, Portland, OR i Spokane, WA, a potem wyskoczył z okupem ze spadochronem. Już w powietrzu pasażer siedzący w fotelu na końcu samolotu wręczył stewardessie kartkę ze swoimi żądaniami: linie lotnicze mają mu dostarczyć 200.000 $USA i 4 spadochrony, w przeciwnym razie zdetonuje bombę, którą miał na kolanach.

 

Spełniono jego żądanie i dostarczono mu na pokład to, czego sobie życzył. Ten z kolei uwolnił wszystkich pasażerów i członków załogi poza kapitanem i stewardessą, która stała się jego zakładniczką. Porywacz zażądał, by polecieli do Meksyku, ale nie było to możliwe – Boeing 727 nie mógł pokonać tej trasy bez uzupełnienia paliwa i zgodził się on na tankowanie w Reno, NV. Porywacz przystał na to, wszakże pod dwoma warunkami: samolot musiał lecieć na pułapie poniżej 10.000 ft/~3000 m z prędkością 200 mph/320 km/h z otwartym tylnym włazem. Samolot wystartował w kierunku Reno, a za nim 5 myśliwców śledzących jego lot i tylny właz Boeinga. Porywacz w pewnej chwili wyskoczył ze spadochronem i 200.000 dolarów i znikł w mroku i gęstwinie leśnej w odległości 35 mi/56 km na północ od Portland, WA… Nie złapano go nigdy, choć policja i FBI wychodziły ze skóry, żeby go dopaść.

 

Halina Krahelska, która opisała ten przypadek w swej książce „SOS” (Warszawa 1988) podaje jeszcze, że sześciu innych próbowało powtórzyć ten numer, ale im to już nie wyszło.

 

Im nie – to fakt, ale np. pilotom czy innym ludziom na pokładzie Boeinga-777 z lotu MH-370 to wyjść mogło. Samolot zniżył swój lot, przecinając przestrzeń powietrzną nad Półwyspem Malajskim, gdzie uwolniono go od złotego cargo, następnie złodzieje wyskoczyli ze spadochronami zostawiając samolot z nieżywymi pasażerami i załogą na pastwę losu. Tak być mogło, bo na coś takiego wskazują parametry lotu samolotu od punktu ostatniego kontaktu radiowego z samolotem, aż do ostatniego kontaktu radiolokacyjnego nad Cieśniną Malakka. Trudno przypuścić, by wyrzucili drogocenny ładunek nad oceanem i sami skakali w wodę. Musieli to zrobić w czasie przelotu nad Półwyspem Malajskim – gdzie po przejęciu ładunku na ziemi zaszyli się w Malezji lub Tajlandii.

 

Od siebie dodam tylko tyle, że to nie była robota amatorów i działali tutaj zawodowcy. To była świetnie wykonana operacja w stylu służb specjalnych i chodziło o coś tak cennego, że bez wahania poświęcono samolot i życie ludzkie ponad 200 osób dla jego zdobycia. I nie ma tutaj miejsca na UFO i Trójkąty czy Kwadraty Bermudzkie i inne. Uważam, że śledztwo w tej ponurej sprawie powinno się potoczyć właśnie w tym kierunku…

Źródło: Mother Nature Network –  http://www.mnn.com/earth-matters/wilderness-resources/stories/is-there-a-bermuda-triangle-connection-to-the-missing#ixzz35ZUI8Ygj   

Przekład – Robert K. Leśniakiewicz ©

* * *

Informujemy PT Czytelników, że w dniu 11.VII.2014 roku, o g. 18:00 w MOK odbędzie się  prelekcja na temat tajemniczych katastrof morskich i lotniczych, na którą serdecznie zapraszamy!

Redakcja 

 

Wreszcie deszcz świętojański!

Ostatni tydzień był zmienny, ale nadal panowała susza. Wprawdzie 20, 21 i 22.VI padały deszczyki, ale to wszystko zamknęło się w ilości 2,95 mm/72 h, czyli tyle, co kot napłakał. Wbijając do ziemi szpile do solarnych lampek w moim ogródku musiałem zastosować fortel: najpierw polałem solidnie ziemię – odczekałem pół godziny – i dopiero potem mogłem je wbić. Na jakieś 3-4 cm, dalej się nie dało, niżej była Sahara…

 

W dniu wczorajszym od samego rana czuło się nadchodzącą burzę. Było duszno, a na niebie od południa zaczęły się gromadzić chmury. Po południu rozległy się pierwsze grzmoty, a po pewnym czasie niebo nabrało szarosinej barwy i lunęło. Wielkie krople norymnego, burzowego opadu uderzyły w spragnioną glebę przybijając jednocześnie co słabsze rośliny do ziemi. Nie było wielu wyładowań atmosferycznych, za to w ciągu pół godziny napadało jakieś 20 mm deszczu. Potem też padało, ale już była to gęsta mżawka. Ogółem spadło 29,12 l/m2/24 h deszczu. Był to normalny, rzęsisty deszcz świętojański, który pojawił się o swoim czasie – jakby powiedział to śp. red. Andrzej Zalewski…

 

Jak później powiedział mi Pan Bednarz, w Jordanowie było tego najwięcej – mieliśmy właściwie oberwanie chmury, bowiem w okolicznych miejscowościach spadły 1 – 2 maksymalnie do 5 mm deszczu!  I dobrze – wreszcie ruszą grzyby. Wprawdzie na Plantach Szubertowskich pojawiły się śmierdzące smardze vel śmierdziuchy czyli sromotniki bezwstydne, ale na lepsze grzyby trzeba będzie poczekać jeszcze parę dni, na zmianę fazy Księżyca. U nas grzyby trzymają się tej reguły i jak będzie cieplej, to pojawią się bez ochyby!

 

I jeszcze jedno – na tychże Plantach jakiś idiota zrąbał młodą lipę. Ja nie wiem, co to drzewko zaszkodziło temu bezmózgowcowi, ale widać głupota tego nieszczęsnego narodu postępuje z biegiem czasu i nie widać światełka w tunelu…

 

Fotki – http://grzybypl.blogspot.com/2014/06/wreszcie-deszcz-swietojanski.html

Robert K. Leśniakiewicz

Pomyłka

Życie – Ha ! „Każdy kowalem swego…”

Pomyłka –  wszystko

Pięknie jest i happy end

Tylko na klatkach filmowych

 *

Zadajemy pytania

Które pozostają w próżni

Nie ma recepty

Na dobre życie

 *

Nie ma mędrca

Jasnowidza ni wróżbity

Wyznaczającego odpowiedni tor

By nie było pomyłek

 *

Farsa –  którą jest życie

Komedie pomyłek

Wybory – bez wyboru

A my po środku Tego

 *

Zatarte odznaczenia

Szlaku na rozdrożu

Unicestwione przez czas

Drogowskazy nieczytelne

 *

Chciałoby się krzyczeć

Lecz co to da ?

Wywoła tylko złe emocje

„Oko za oko ząb za ząb”

*

Nie – podpowiada

Jeszcze nieunicestwione

Do końca sumienie

Więc idę na przód z uśmiechem

I nadzieją że czas pokona pomyłkę !

 

 

Bożena Sandulska  25.06.2014 r.

Sprawiedliwość po naszemu

W salonach Las Vegas

Świetnie się bawiłeś

Życia używałeś

Mocne trunki piłeś

 *

A my tutaj w Polsce

Walczyli, strajkowali

Naszych mordowali

Na posterunkach „łamali”

 *

Nam renty i zasiłki zabierali

Kalekom dodatki opiekuńcze obcinali

A tobie majątek zwracali

Chociaż myśmy ci nic nie zabrali

 *

Do Polski przyjechałeś

Gdy już wolność była

Kamienice odzyskałeś

Lokatorów wyrzucałeś

 *

Ty o Polskę nie walczyłeś

Zwiałeś za granicę

A teraz wróciłeś

By odzyskać kamienice

 *

Wielu Polaków życie dla Polski narażało

O nich i nasze państwo zapomniało

Chociaż wielu z nas „naszych” do władzy wybierało

Ale że to „nasi” tak nam się wtedy zdawało

 *

Miała być Polska wolna i sprawiedliwa

Miała być matką dla całego Narodu

I owszem, jest matka dla tych, co się obłowili

A macocha dla tych, co o nią walczyli

 *

Gdzie „Solidarność” z tamtych lat

Gdzie szczytne ideały

Rozwiał je zachodni wiatr

Tylko wspomnienia pozostały

 *

Wspomnienia i ta, co nie ginie

Co nam pomagała przetrwać

W dawnych Polski dziejach

Tylko ona nam pozostała – nadzieja

 

Franciszek Macias